wtorek, 15 stycznia 2013
W pościeli - Ian McEwan
W pościeli - Ian McEwan
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 208
Druga przeczytana przeze mnie książka autorstwa Iana McEwana to zbiór siedmiu opowiadań wydany pod tytułem "W pościeli". Pierwsza, "Solar", choć niepozbawiona wad, ujęła mnie świetnym piórem pisarza. Nieważne o czym pisał, ważne jak. Tym razem moje odczucia są dużo bardziej mieszane, co nie oznacza, że książka mi się nie podobała. Wręcz przeciwnie, znalazłem tu dokładnie to, za co tak bardzo McEwana polubiłem przy pierwszym podejściu. Rzecz w tym, że te opowiadania to w sumie nie opowiadania. Bardziej ścinki, zebrane do kupy niewykorzystane pomysły, rozpoczęte teksty, z których nic konkretnego się nie wykluło. Nie wszystkie, ale większość, ilość na na tyle duża, by po lekturze książki pozostawić czytelnika w stanie silnego niedosytu. Poza tym - bez zarzutu. McEwan pisze wnikliwie, niepokojąco i doskonale wie jak posługiwać się słowem. Całość zamyka się w nieco ponad dwustu stronach, przy czcionce tak dużej, że tekst można odczytać nawet z odległości kilku metrów. Jak ktoś się uprze, uwinie się z tym zbiorem w niecałą godzinę. Polecam głównie fanom pisarza, którzy przeczytali już wszystko, co napisał i cały czas chcą więcej. Jako uzupełnienie kolekcji sprawdza się idealnie.
Ocena: 6.9/10
Najciekawsze opowiadania:
1. Dwa fragmenty: marzec 199...
2. Rozkoszne konanie
3. Refleksje oswojonej małpy
niedziela, 13 stycznia 2013
Wyliczanka - John Verdon
Wylicznaka - John Verdon
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 504
Najważniejszy jest pomysł. Przekonał się o tym John Verdon wydając swój debiutancki kryminał Wyliczanka. Fakt, że jest to bestseller sprzedany do wydania w 24 krajach tłumacze sobie tylko i wyłącznie ciekawym streszczeniem fabuły. Sam zostałem złapany w sidła opisu znajdującego się z tyłu okładki. Opierałem się niemal rok i w końcu uległem - Wyliczanka trafiła do mojego księgozbioru.
Głównym bohaterem powieści jest emerytowany detektyw, David Gurney, u którego zjawia się z prośbą o pomoc dawno niewidziany przyjaciel. Mark Mellery, gdyż tak zwie się ów jegomość, otrzymuje od pewnego czasu niepokojące listy. W jednym z nich autor prosi odbiorcę, by pomyślał o dowolnej liczbie z przedziału 1-1000, a następnie otworzył drugą kopertę. Ku przerażeniu Marka znajduje się w niej kartka z właściwą liczbą...
Gurney angażuje się w śledztwo, które w krótkim czasie przeistacza się w pojedynek o życie wielu ludzi, w tym jego własne.
Podejrzewam, że dziesięć lat temu przedzierałbym się przez kolejne strony Wyliczanki z zapartym tchem. Jest tu bowiem wszystko, co niezaprawieni w bojach miłośnicy sensacji kochają - krótkie rozdziały, ciągłe zwroty akcji i brak psychologiczno-obyczajowych wstawek. Dla mnie to już trochę za mało, zwłaszcza, że to co jest, również nie stoi na satysfakcjonującym poziome. Jak na dłoni widać, że Verdon to debiutant - schematycznie zbudowani bohaterowie, dziesiątki wytartych narracyjnych klisz, pozbawione ikry dialogi, kiepskie opisy...właściwie nic nie wybija się tu poza najniższe tereny średniej literackiej półki. Nawet bohater nie wzbudził mojej sympatii - ze swoimi wyświechtanymi dla bohaterów tego typu książek/filmów problemami (zmarły tragicznie syn, nieumiejętność porozumienia się z żoną) i nieciekawą osobowością daje skrajnie nijakie wrażenie.
Co ciekawe, Wyliczanka zbiera w internecie całkiem pozytywne noty. Z tego wynika, że albo zwyczajnie nie poznałem się na dobrej książce, albo, w co bardziej pragnę wierzyć, jest ona skierowana do pewnej grupy czytelników, z którą nie jest mi po drodze. W moim odczuciu - zawód. Dobry pomysł, kiepski warsztat.
Ocena: 4,7/10
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 504
Najważniejszy jest pomysł. Przekonał się o tym John Verdon wydając swój debiutancki kryminał Wyliczanka. Fakt, że jest to bestseller sprzedany do wydania w 24 krajach tłumacze sobie tylko i wyłącznie ciekawym streszczeniem fabuły. Sam zostałem złapany w sidła opisu znajdującego się z tyłu okładki. Opierałem się niemal rok i w końcu uległem - Wyliczanka trafiła do mojego księgozbioru.
Głównym bohaterem powieści jest emerytowany detektyw, David Gurney, u którego zjawia się z prośbą o pomoc dawno niewidziany przyjaciel. Mark Mellery, gdyż tak zwie się ów jegomość, otrzymuje od pewnego czasu niepokojące listy. W jednym z nich autor prosi odbiorcę, by pomyślał o dowolnej liczbie z przedziału 1-1000, a następnie otworzył drugą kopertę. Ku przerażeniu Marka znajduje się w niej kartka z właściwą liczbą...
Gurney angażuje się w śledztwo, które w krótkim czasie przeistacza się w pojedynek o życie wielu ludzi, w tym jego własne.
Podejrzewam, że dziesięć lat temu przedzierałbym się przez kolejne strony Wyliczanki z zapartym tchem. Jest tu bowiem wszystko, co niezaprawieni w bojach miłośnicy sensacji kochają - krótkie rozdziały, ciągłe zwroty akcji i brak psychologiczno-obyczajowych wstawek. Dla mnie to już trochę za mało, zwłaszcza, że to co jest, również nie stoi na satysfakcjonującym poziome. Jak na dłoni widać, że Verdon to debiutant - schematycznie zbudowani bohaterowie, dziesiątki wytartych narracyjnych klisz, pozbawione ikry dialogi, kiepskie opisy...właściwie nic nie wybija się tu poza najniższe tereny średniej literackiej półki. Nawet bohater nie wzbudził mojej sympatii - ze swoimi wyświechtanymi dla bohaterów tego typu książek/filmów problemami (zmarły tragicznie syn, nieumiejętność porozumienia się z żoną) i nieciekawą osobowością daje skrajnie nijakie wrażenie.
Co ciekawe, Wyliczanka zbiera w internecie całkiem pozytywne noty. Z tego wynika, że albo zwyczajnie nie poznałem się na dobrej książce, albo, w co bardziej pragnę wierzyć, jest ona skierowana do pewnej grupy czytelników, z którą nie jest mi po drodze. W moim odczuciu - zawód. Dobry pomysł, kiepski warsztat.
Ocena: 4,7/10
czwartek, 3 stycznia 2013
10 najlepszych książek, które przeczytałem w 2012 roku
Miałem nie robić żadnych podsumowań, ale przeglądając swój profil na LC pomyślałem sobie, że wybiorę 10 książek, które najbardziej zapadły mi w pamięć w przeciągu ostatnich 12 miesięcy.
Kolejność przypadkowa. Próbowałem co prawda to jakoś uporządkować, ale nie jestem w stanie. Każda z poniższych książek wywarła na mnie większe lub mniejsze wrażenie, każda do dziś siedzi w głowie.
Co widziały wrony - Ann-Marie MacDonald - w kategorii powieść obyczajowa to mój numer jeden ubiegłego roku.
Jestem legendą - Richard Matheson - klasyka. Poruszające, świetnie napisane.
Historie jednej sprawy - Kate Atkinson - świetny obyczajowy kryminał. Książka zupełnie pominięta w naszym kraju (znalazłem jedną czy dwie recenzje), wyszperana przeze mnie na jakiejś wyprzedaży.
Klaps - Christos Tsiolkas - bardzo dobra, ciekawie skonstruowana obyczajówka. Szczere do bólu.
Głos - Arnaldur Indriðason - kolejne spotkanie z Erlendurem Sveinssonem. Wsiąkłem na kilkanaście godzin i znów kończyłem lekturę z wielkim żalem, że opuszczam moich dobrych znajomych.
Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King - powrót do świata Rolanda okazał się nawet więcej niż przyjemny.
Służące - Kathryn Stockett - do ostatniej strony znakomite. Jedna z tych książek, które aż szkoda kończyć.
Wyspa - James Graham Ballard - klasyka, przeczytałem i stałem się fanem Ballarda, czego nie zmieniło nawet średnie "Witaj, Ameryko".
Ofiara 44 - Tom Rob Smith - kryminał. Sam nie byłem w stanie uwierzyć jak bardzo mnie ta historia wciągnęła.
Godziny - Michael Cunningham - bardzo dobrze napisane, smutne, nostalgiczne. Tak jak lubię.
Ptak śmierci - Harlan Ellison - kompletnie nie moja bajka, ale kilka opowiadań z tego zbioru dosłownie wgniotło mnie w fotel.
Wiecie co mnie smuci? Że nie znalazła się tu żadna powieść grozy, krwawy horror. Przecież jeszcze kilka lat temu był to jedyny gatunek, po którego sięgałem szperając po Empikowych półkach. Trochę szkoda z tego wyrastać ;-)
sobota, 29 grudnia 2012
Niebanalna więź - Sarah Waters
Niebanalna więź - Sarah Waters
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 328
Do kupienia na: Księgania Prószyński - wciąż dostępna w cenie 5 złotych.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 328
Do kupienia na: Księgania Prószyński - wciąż dostępna w cenie 5 złotych.
Kolejna bardzo dobra książka wypatrzona na wyprzedaży za kilka złotych. Z Sarah Waters nie miałem dotychczas do czynienia i prawdę mówiąc po "Niebanalnej więzi" nie spodziewałem się szczególnie wielu emocji. A jednak, historia wciąga, angażuje i momentami naprawdę trudno odłożyć ją na później.
Akcja powieści toczy się w Londynie. Mamy rok 1874. Margaret Prior, główna bohaterka, pogrążona jest w rozpaczy po śmierci ojca. Kierując się radami lekarza postanawia znaleźć sobie jakieś absorbujące zajęcie. Wybór pada na żeńską część więzienia Millbank, które odtąd Prior odwiedza jako dama wizytująca więźniarki. Odwiedziny te mają być dla kobiet urozmaiceniem pośród dziesiątek nieróżniących się od siebie dni, ale przede wszystkim uświadamiać, że po odsiedzeniu kary nie trzeba wracać na złą drogę. Już podczas pierwszej wizyty szczególną uwagę Panny Prior zwraca Selina Dawes, młoda i piękna więźniarka - znana jako utalentowane medium - która utrzymuje, że jest niewinna. Między obiema kobietami rodzi się więź, która doprowadzi do...stop, spojlerów nie lubimy.
Sarah Waters, jak głosi informacja na okładce, jest znawczynią powieści wiktoriańskiej. I to widać. Z tego co wiem, wszystkie jej książki (w naszym kraju ukazały się chyba cztery) osadzone są w XIX-wiecznych realiach. "Niebanalna więź" stylizowana jest na powieść wiktoriańską tak dobrze, że nie miałbym podstaw nie wierzyć komuś, kto upierałby się, że książka powstała sto lat temu. Mnie ten styl urzekł. Odkryłem, że XIX-wieczne klimaty to coś, co niesamowicie mnie kręci ;-) Waters opisuje wszystko z dbałością o detale, podrzucając mimochodem liczne fakty i ciekawostki z tamtej epoki.
Siłą książki jest jej styl, atmosfera i ciągła niepewność o dalsze wydarzenia. Aż do końca nie udało mi się w pełni przewidzieć zakończenia, które jest jak najbardziej zadowalające. Uwagę zwracają też bardzo dobrze zarysowane bohaterki - żadnych poważniejszych zgrzytów podczas lektury nie doświadczyłem, a jestem na tym punkcie dosyć wrażliwy.
Warto sięgnąć. Nie jest to literatura wysokich lotów, zmuszająca do analiz i głębokich przemyśleń, ale jako wiktoriański dreszczowiec sprawdza się nad wyraz dobrze.
Ocena: 8.3/10
Akcja powieści toczy się w Londynie. Mamy rok 1874. Margaret Prior, główna bohaterka, pogrążona jest w rozpaczy po śmierci ojca. Kierując się radami lekarza postanawia znaleźć sobie jakieś absorbujące zajęcie. Wybór pada na żeńską część więzienia Millbank, które odtąd Prior odwiedza jako dama wizytująca więźniarki. Odwiedziny te mają być dla kobiet urozmaiceniem pośród dziesiątek nieróżniących się od siebie dni, ale przede wszystkim uświadamiać, że po odsiedzeniu kary nie trzeba wracać na złą drogę. Już podczas pierwszej wizyty szczególną uwagę Panny Prior zwraca Selina Dawes, młoda i piękna więźniarka - znana jako utalentowane medium - która utrzymuje, że jest niewinna. Między obiema kobietami rodzi się więź, która doprowadzi do...stop, spojlerów nie lubimy.
Sarah Waters, jak głosi informacja na okładce, jest znawczynią powieści wiktoriańskiej. I to widać. Z tego co wiem, wszystkie jej książki (w naszym kraju ukazały się chyba cztery) osadzone są w XIX-wiecznych realiach. "Niebanalna więź" stylizowana jest na powieść wiktoriańską tak dobrze, że nie miałbym podstaw nie wierzyć komuś, kto upierałby się, że książka powstała sto lat temu. Mnie ten styl urzekł. Odkryłem, że XIX-wieczne klimaty to coś, co niesamowicie mnie kręci ;-) Waters opisuje wszystko z dbałością o detale, podrzucając mimochodem liczne fakty i ciekawostki z tamtej epoki.
Siłą książki jest jej styl, atmosfera i ciągła niepewność o dalsze wydarzenia. Aż do końca nie udało mi się w pełni przewidzieć zakończenia, które jest jak najbardziej zadowalające. Uwagę zwracają też bardzo dobrze zarysowane bohaterki - żadnych poważniejszych zgrzytów podczas lektury nie doświadczyłem, a jestem na tym punkcie dosyć wrażliwy.
Warto sięgnąć. Nie jest to literatura wysokich lotów, zmuszająca do analiz i głębokich przemyśleń, ale jako wiktoriański dreszczowiec sprawdza się nad wyraz dobrze.
Ocena: 8.3/10
czwartek, 1 listopada 2012
W obronie syna - William Landay
W obronie syna - William Landay
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 464
Ilość stron: 464
W lesie nieopodal szkoły zostaje znalezione ciało zamordowanego czternastolatka. Sprawę prowadzi ceniony prokurator Andrew Barber, lecz wszystko zmienia się w chwili, gdy jego syn Jacob staje się głównym oskarżonym. Andy rozpoczyna walkę o jego uniewinnienie.
Całą historię - od pierwszych chwil po morderstwie, poprzez wyniszczający całą rodzinę proces - poznajemy z perspektywy ojca oskarżonego chłopaka.
To powieść, ale napisana tak przekonująco, że gdyby ktoś powiedział mi, że została oparta na faktach, nie miałbym powodów, by mu nie wierzyć. "W obronie syna" to udana mieszanina thrillera, kryminału i dramatu sądowego - wszystko podane w takich proporcjach, że nawet osoby nie przepadające za jednym z tych gatunków nie powinni być znużeni lekturą.
Landay wie o czym pisze, sam przez kilka lat był prokuratorem w prokuraturze okręgowej. Ani przez moment nie odczułem, że częstuje nas informacjami, które wyszperał podczas kilkugodzinnej sesji z Google.
Historia wciąga, angażuje, wywołuje emocje i nawet po przeczytaniu nie jest w stanie wyjść z głowy. Zwraca uwagę na niedoskonałości wymiaru sprawiedliwości, stawia pytania, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Rozczarowało mnie tylko zakończenie, właściwie nie ono samo, a sposób, w jaki zostało przedstawione. Zbyt pośpiesznie, nieciekawie. Nieprzyjemny zgrzyt na koniec. Szkoda, aczkolwiek jakoś drastycznie nie zmienia to mojej końcowej oceny. Przyczepie się jeszcze do jednego, ale w tym wypadku wszystkie cięgi spadają na plecy osoby odpowiedzialnej za translację oryginału na nasz rodzimy język. Dialogi przetłumaczone są zbyt dosłownie, przez co często brzmią zwyczajnie sztucznie. Mowa potoczna amerykańskich nastolatków przełożona słowo w słowo na język polski sprawia nie najlepsze wrażenie.
Reasumując, polecam. Jeśli macie czterdzieści złotych na zbyciu i brak pomysłu na kolejną lekturę, "W obronie syna" może być bardzo dobrym wyborem. Nie żałuję ani złotówki (choć sam kupiłem nieco taniej, za 30 PLN ;).
Ocena: 7,8/10
Całą historię - od pierwszych chwil po morderstwie, poprzez wyniszczający całą rodzinę proces - poznajemy z perspektywy ojca oskarżonego chłopaka.
To powieść, ale napisana tak przekonująco, że gdyby ktoś powiedział mi, że została oparta na faktach, nie miałbym powodów, by mu nie wierzyć. "W obronie syna" to udana mieszanina thrillera, kryminału i dramatu sądowego - wszystko podane w takich proporcjach, że nawet osoby nie przepadające za jednym z tych gatunków nie powinni być znużeni lekturą.
Landay wie o czym pisze, sam przez kilka lat był prokuratorem w prokuraturze okręgowej. Ani przez moment nie odczułem, że częstuje nas informacjami, które wyszperał podczas kilkugodzinnej sesji z Google.
Historia wciąga, angażuje, wywołuje emocje i nawet po przeczytaniu nie jest w stanie wyjść z głowy. Zwraca uwagę na niedoskonałości wymiaru sprawiedliwości, stawia pytania, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Rozczarowało mnie tylko zakończenie, właściwie nie ono samo, a sposób, w jaki zostało przedstawione. Zbyt pośpiesznie, nieciekawie. Nieprzyjemny zgrzyt na koniec. Szkoda, aczkolwiek jakoś drastycznie nie zmienia to mojej końcowej oceny. Przyczepie się jeszcze do jednego, ale w tym wypadku wszystkie cięgi spadają na plecy osoby odpowiedzialnej za translację oryginału na nasz rodzimy język. Dialogi przetłumaczone są zbyt dosłownie, przez co często brzmią zwyczajnie sztucznie. Mowa potoczna amerykańskich nastolatków przełożona słowo w słowo na język polski sprawia nie najlepsze wrażenie.
Reasumując, polecam. Jeśli macie czterdzieści złotych na zbyciu i brak pomysłu na kolejną lekturę, "W obronie syna" może być bardzo dobrym wyborem. Nie żałuję ani złotówki (choć sam kupiłem nieco taniej, za 30 PLN ;).
Ocena: 7,8/10
sobota, 27 października 2012
Stos, Pierwszy śnieg i Zmiana czasu (w odwrotnej kolejności)
Tej nocy (z 27 na 28 października 2012) przestawiamy zegarki o godzinę do tyłu w związku ze zmianą czasu z letniego na zimowy. Od jutra noc przyjdzie o godzinę wcześniej, ale póki co radujmy się (chociaż akurat ja lubię noc), jako że dziś pośpimy godzinę dłużej :)
Rano (czyt. godzina 10:30), tuż po podniesieniu się z łóżka, przywitał mnie taki oto widok:
Śnieg. I nawet się nie rozpuszcza tuż po zetknięciu się z ziemią. Miło. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki widok w tym roku. Listopad i grudzień to czas, kiedy śnieg ma na mnie bardzo pozytywny wpływ. Nawet nie muszę wychodzić z domu, już sama świadomość, że on tam jest pięknie nastraja mój humor. Za to w styczniu...w styczniu zaczynam mieć już po dziurki w nosie marznięcia i ubierania się w kilogramy ciepłego odzienia, a w lutym dochodzi do tego czysta złość na samą myśl o przedzieraniu się przez zaspy brudnego śniegu, kiedy to zwykłe dotarcie do sklepu - w normalnych warunkach zabierające góra 10 minut - zajmuje niemalże pół godziny...taaak, nie ma to jak skrajności ;-)
Dlatego też liczę na to, że w listopadzie i grudniu będzie biało i zimno, a od stycznia ciepło i sucho - takie moje małe marzenie, zapewne nie do spełnienia, ale marzyć trzeba.
A Wy jakie macie odczucia w tej materii? :-)
A teraz najnudniejsza część wpisu (:p), czyli stos październikowy. Głównie z promocji na Weltbild.pl, ale znalazły się i dwie książki zakupione przeze mnie w Empiku.
Empik:
Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King
W obronie syna - Landay William
Weltbild:
E.L. Doctorow - Homer i Langley
Gerald Seymour - Kolaborantka
Janusz Jabłoński - Komplet - Popkultura w PRL-u, Samochody w PRL-u, Miasta w PRL
Elizabeth Kostova - Łabędź i złodzieje
Młoda proza amerykańska - praca zbiorowa
Bruce Chatwin - Na Czarnym Wzgórzu
Boris Akunin - Nefrytowy różaniec
Carolina De Robertis - Niewidoczna góra
Sofi Oksanen - Oczyszczenie
Peter Carey - Parrot i Olivier w Ameryce
Isabel Allende - Podmorska wyspa
Julian Barnes - Puls
Amos Oz - Spokój doskonały
Gary Shteyngart - Supersmutna i prawdziwa historia miłosna
Leena Parkkinen - Ty pierwszy, Max
Carlos Fuentes - Wszystkie szczęśliwe rodziny
Znaczna część autorów mi nieznana, książki brałem opierając się na blogowych opiniach, tak że gdyby nie Wy, ten stos nie wyglądałby tak, jak obecnie wygląda ;-)
Rano (czyt. godzina 10:30), tuż po podniesieniu się z łóżka, przywitał mnie taki oto widok:
Śnieg. I nawet się nie rozpuszcza tuż po zetknięciu się z ziemią. Miło. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki widok w tym roku. Listopad i grudzień to czas, kiedy śnieg ma na mnie bardzo pozytywny wpływ. Nawet nie muszę wychodzić z domu, już sama świadomość, że on tam jest pięknie nastraja mój humor. Za to w styczniu...w styczniu zaczynam mieć już po dziurki w nosie marznięcia i ubierania się w kilogramy ciepłego odzienia, a w lutym dochodzi do tego czysta złość na samą myśl o przedzieraniu się przez zaspy brudnego śniegu, kiedy to zwykłe dotarcie do sklepu - w normalnych warunkach zabierające góra 10 minut - zajmuje niemalże pół godziny...taaak, nie ma to jak skrajności ;-)
Dlatego też liczę na to, że w listopadzie i grudniu będzie biało i zimno, a od stycznia ciepło i sucho - takie moje małe marzenie, zapewne nie do spełnienia, ale marzyć trzeba.
A Wy jakie macie odczucia w tej materii? :-)
A teraz najnudniejsza część wpisu (:p), czyli stos październikowy. Głównie z promocji na Weltbild.pl, ale znalazły się i dwie książki zakupione przeze mnie w Empiku.
Empik:
Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King
W obronie syna - Landay William
Weltbild:
E.L. Doctorow - Homer i Langley
Gerald Seymour - Kolaborantka
Janusz Jabłoński - Komplet - Popkultura w PRL-u, Samochody w PRL-u, Miasta w PRL
Elizabeth Kostova - Łabędź i złodzieje
Młoda proza amerykańska - praca zbiorowa
Bruce Chatwin - Na Czarnym Wzgórzu
Boris Akunin - Nefrytowy różaniec
Carolina De Robertis - Niewidoczna góra
Sofi Oksanen - Oczyszczenie
Peter Carey - Parrot i Olivier w Ameryce
Isabel Allende - Podmorska wyspa
Julian Barnes - Puls
Amos Oz - Spokój doskonały
Gary Shteyngart - Supersmutna i prawdziwa historia miłosna
Leena Parkkinen - Ty pierwszy, Max
Carlos Fuentes - Wszystkie szczęśliwe rodziny
Znaczna część autorów mi nieznana, książki brałem opierając się na blogowych opiniach, tak że gdyby nie Wy, ten stos nie wyglądałby tak, jak obecnie wygląda ;-)
środa, 24 października 2012
Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King
Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 400
Nie lubię fantasy. Najpewniej się powtarzam, ale na rzecz tego tekstu czynię to w sposób zupełnie świadomy, bowiem dzisiejszy wpis należy właśnie do książki zaliczanej do tego gatunku. Gatunku, który nie jest w stanie do mnie przemówić i utrzymać zainteresowania na dłużej niż kilkanaście minut przy każdym podejściu. Nie wiem, może po prostu nie mam szczęścia i zawsze sięgam po chłam. W końcu tak wiele z fantasy do czynienia nie miałem; kilka książek, kilkanaście filmów...za mało by móc wydać ostateczny wyrok. Niemniej jednak możecie sobie wyobrazić jak wielkie opory miałem kilka lat wstecz na samą myśl o sięgnięciu po cykl "Mrocznej Wieży". Gdyby nie fakt, że napisał go Stephen King, na pewno po dziś dzień żyłbym w nieświadomości o istnieniu takiej perełki.
Pytanie brzmi, z jakiego powodu przypadła mi do gustu. Obok prozaicznego faktu, że wyszła spod pióra mego ulubionego pisarza, głównym z nich jest chyba fakt, iż nie jest to czystej krwi fantasy. Świat Pośredni to miejsce nie tak dalekie od naszego świata, a w wielu miejscach oba wręcz się na siebie nakładają. Co więcej, duża część kilku tomów toczy się w naszej rzeczywistości. King wymieszał to wszystko w idealnych proporcjach, dzięki czemu istnieje ogromna szansa, że nawet zupełnie niezainteresowani gatunkiem czytelnicy przeczytają całość z zapartym tchem. Jestem tego dowodem :)
"Wiatr przez dziurkę od klucza" to - jak głosi tekst na tylnej okładce - powieść ze świata mrocznej wieży. Stephen King pisze w przedmowie, że należy ją traktować jako tom 4,5 (akcja toczy się po tomie czwartym, ale przed piątym), jednak bez obaw mogą ją przeczytać również ci, którzy z Mroczną Wieżą nie mieli dotychczas do czynienia. Czy rzeczywiście? O tym za moment.
Fabuła skonstruowana jest w sposób, który przywodzi na myśl rosyjską matrioszkę - Roland opowiada swojemu ka-tet historię ze swej młodości, w której on sam opowiada inną historię pewnemu chłopcu. Dopiero pod koniec książki dowiadujemy się zakończenia wszystkich opowieści, co już samo w sobie jest całkiem interesującym zabiegiem.
Opowieści są zatem trzy. Pierwsza (Lododmuch) to tylko pretekst do dwóch pozostałych. A są to: Skóroczłek, mieszczący się na około 140 stronach, i tytułowy "Wiatr przez dziurkę od klucza", rozpisany na niemal 200 stron. W Skóroczłeku cofniemy się, jak już wspominałem, do czasów młodości Rolanda. Otrzymuje on od swego ojca zadanie polegające na wytropieniu i schwytaniu zmiennokształtnej istoty - prawdopodobnie człowieka - która od pewnego czasu sieje śmierć w miasteczku Debaria. W trakcie wykonywania misji nastoletni Roland opowiada trzecią historię, a w zasadzie baśń, małemu chłopcu, który w wyniku nieprzyjemnych zdarzeń będzie mieć okazję odegrać główną rolę w rozwiązaniu zagadki skóroczłeka.
Baśń ta to właśnie "Wiatr przez dziurkę od klucza" - opowieść o jedenastoletnim Timie Rossie, który chcąc uzdrowić matkę wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż.
Wszystkie historię trzymają w miarę równy poziom. Nie jest to może szczyt literackich możliwości Kinga, ale tak naprawdę trudno książce coś zarzucić. Wciąga, trzyma w napięciu, potrafi wzruszyć, siedzi w głowie podczas każdej przerwy w jej czytaniu. Każdy, kto ceni sobie twórczość tego autora, powinien mniej więcej wiedzieć czego się spodziewać. Dodatkowym atutem są też pewne smaczki i nawiązania, które fani cyklu na pewno wyłapią z tekstu. Czego chcieć więcej. Może tylko kolejnych powrotów do świata rewolwerowca, bo ten kończy się zdecydowanie zbyt szybko.
Wracając do tematu poruszonego nieco wyżej, pozwolę sobie nie zgodzić się z Kingiem i nie będę rekomendować "Wiatru..." osobom, które nigdy nie czytały Mrocznej Wieży. Owszem, znajomość cyklu nie jest konieczna do zrozumienia całej historii, ale brak tejże pozbawia ją klimatu. Powiem więcej, najlepiej przeczytać ją dopiero po skończeniu całej serii. Nie na początku, nie po tomie czwartym, a właśnie na samym końcu. Potraktować ją jako swego rodzaju dodatek, bonus. Jeśli jednak nie macie zamiaru przedzierać się przez ponad 4000 stron, by poznać historię Rolanda i jego ka-tet, a chcielibyście zobaczyć czym jest ta cała słynna Mroczna Wieża, śmiało zainwestujcie 35 złotych w "Wiatr przez dziurkę od klucza". Jestem bardzo ciekaw waszych opinii. Mnie, ślepo zakochanemu w całym cyklu, bardzo się podobało. Spotkanie po latach z dawno niewidzianymi przyjaciółmi zaliczam do nad wyraz udanych :)
Ocena: 8,5/10
Książkę zamówiłem w przedsprzedaży. 15 października czekała już na mnie do odbioru w Empiku (na tamtejszych pólkach również, po prostu Albatros rzucił nakład dwa dni wcześniej niż zapowiadał). Porzuciłem wszystkie wykonywane wówczas zajęcia i popędziłem do salonu. W godzinę później siedziałem już szczęśliwy w domu z egzemplarzem "Wiatru...". Książka trafiła w nieco cięższy czytelniczy okres czasu, ale i tak zamierzałem dawkować sobie lekturę, nie było więc powodów do rozpaczy ;-)
Wydanie w miękkiej okładce. Miała być też twarda, ale skończyło się na planach. Szkoda. Papier dobrej jakości, ładna i klimatyczna ilustracja na okładce. Prezentuje się to nieźle :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










