Joyland - Stephen king
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 336
Devin Jones, student college'u, zatrudnia się podczas wakacji w lunaparku. Pragnie zapomnieć o nieszczęśliwej miłości. Będzie jednak musiał stanąć twarzą w twarz z czymś dużo straszniejszym. Brutalne morderstwo sprzed lat, los umierającego dziecka, mroczne prawdy o życiu i o tym, co po nim następuje - wszystko to sprawi, że świat Devina już nigdy nie będzie taki sam...
Na każdą nowość, która wyszła spod pióra Stephena Kinga rzucam się niczym wygłodniałe zwierzę na schabowego, nie zdziwi więc zbytnio nikogo fakt, że Joyland miałem już w dniu premiery. Na samym starcie pozytywnie zaskoczyła mnie cena. Większość sklepów sprzedawała książkę z dużym rabatem. Ba, po dziś dzień można ją dostać za ponad dziesięć złotych mniej niż wskazuje kwota widniejąca na okładce. Przełożyło się to oczywiście, rzecz jasna poza kampanią reklamową, na sprzedaż, co odzwierciedla między innymi bardzo duża ilość głosów oddanych na Joyland w serwisie Lubimy Czytać. Jest dobrze. A sama powieść? Niezła. Zaledwie niezła. Podejrzewam, że gdyby napisał ją ktoś inny, rozpływałbym się teraz w zachwytach, ale to King, a na tle jego wcześniejszych dzieł, nawet tych świeżych, (Pod Kopułą, Dallas '63) wypada tylko zadowalająco. Żeby nie było niedomówień - podobało mi się. Mam jednak kilka zarzutów, nad którymi w tej krótkiej opinii się skupię. Przede wszystkim jest za krótko. Kilka wątków aż prosi się o rozbudowę, dodatkowe kilkadziesiąt stron na rozwinięcie skrzydeł. I niech mi teraz ktoś powie, że King jest be, bo leje wodę i przynudza... Rzucę mu w twarz Joyland, które w starciu z wagą ciężką, a mówiąc to, mam na myśli chociażby "To", "Bastion", "Dallas '63" i "Pod Kopułą", pada nieprzytomne już po kilku rundach wymiany ciosów.
Po drugie, nie jest to horror, nie jest to też kryminał. To obyczajówka z lekko zarysowanym wątkiem paranormalnym i jeszcze mniej widocznym wątkiem kryminalnym. Choć to akurat wcale nie wada, od dłuższego czasu twierdzę, że najlepszy King, to King w wydaniu obyczajowym. I te fragmenty w Joyland czyta się najprzyjemniej. Cała reszta (groza i kryminał) zdają się być nieco wymuszone i w gruncie rzeczy zbędne. Na szczęście finałowe starcie, choć z przewidywalnym zakończeniem i z największą ilością ów zbędnych przedstawicieli dwóch powyższych gatunków, trzyma w napięciu i przebija się przez nie ekspresowo. Świetnie, bardzo przekonująco przedstawione jest też życie codzienne pracowników parku rozrywki. Ich zajęcia, problemy, slang (w tym miejscu brawa za solidny przekład)...fajnie spojrzeć na to od środka, oczami bohatera, który - zupełnie tak jak my - nic o tej stronie wesołego miasteczka tak naprawdę nie wie. Na osłodę znajdzie się też wątek romantyczny, któremu niektórzy zarzucają co prawda zbyt bliskie powiązania ze stylem pisarskim Danielle Steel, mnie się jednak podobał. Mógłby być nawet bardziej rozbudowany.
Czytając Joyland na zmianę towarzyszyły mi właśnie uczucia frajdy i niedosytu. To tak, jakby szef kuchni w dobrej restauracji podsuwał Wam pod nos smaczną potrawę, pozwalał wziąć kilka kęsów, i tuż po tym ją zabrał, na jej miejsce serwując coś innego. Nawet jeśli nowe danie okazuje się równie dobre, to wciąż macie w pamięci radość jaką sprawiała Wam ostatnia potrawa i przez dłuższą chwilę ciężko cieszyć się nowym przysmakiem. Wychodząc z takiego lokalu mamy pełne prawo być nieco skołowani :p I coś takiego mam z Joyland. Niby się podobało, a jednak ostatecznie przyznaje książce siódemkę.
Ocena: 7.0/10
Już za 11 dni premiera Doktora Sen - woohoo! Dni zaczynają się coraz bardziej dłużyć, ale to już naprawdę tuż tuż, niemalże czuje zapach farby drukarskiej ;) Książka będzie gruba, co cieszy, jednakże kilka dni temu moi tajni agenci donieśli, że objętość jest sztucznie rozdmuchana. Mam nadzieję, że w graniach rozsądku. Pożyjemy, zobaczymy. Księgarnio Prószyńskiego - wypatruj mnie 24 września w swych progach! ;)



