czwartek, 11 kwietnia 2013

Tajemnice Zbrodni - Ewa Ornacka



Tajemnice Zbrodni - Ewa Ornacka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 220
Gatunek: literatura faktu


Wstrząsające zabójstwa, dramatyczne śledztwa, sprawiedliwość po latach.
Te zbrodnie były wyrzutem sumienia polskiej policji, bezsilnej wobec nieuchwytnych sprawców. Wyzwaniem rzuconym ekipom kryminalnym przez zabójców. Spędzały sen z powiek nawet najbardziej doświadczonym śledczym. Na przełom w śledztwie trzeba było czekać nawet lata. O rozwikłaniu tajemnicy zbrodni decydował niewiarygodny splot wydarzeń, łut szczęścia lub pozornie błaha rzecz, na przykład wiejska plotka, albo zwykły szyld reklamowy. Także czas, który zwykle zaciera ślady zbrodni i sprzyja sprawcom, tutaj obracał się przeciwko nim. Bo chociaż śledztwa tkwiły w martwym punkcie, to nauka pędziła do przodu. Stare dowody nabierały nowego znaczenia. Niewidoczna gołym okiem kropla krwi lub zaciśnięty w dłoni ofiary włos stawały się wizytówką mordercy. 


Zbiór trzynastu historii kryminalnych, o których większość z nas pamięta zapewne z telewizji, radia oraz prasy. Niektóre stosunkowo świeże, sprzed kilku lat, inne, dużo starsze, opisujące wydarzenia jeszcze z zeszłego stulecia. Wszystkie zaś z naszego podwórka, i przede wszystkim to właśnie skłoniło mnie do zakupu książki Ewy Ornackiej.

Wrażenia po lekturze - bardzo mieszane. O ile same sprawy, które przybliża nam autorka, są ciekawe, to już styl, w jakim są opisane, mocno rozczarowuje. Po pierwsze, objętość. Trzynaście przypadków utknięto za zaledwie 220 stronach, przez co każdy z nich potraktowany jest bardzo powierzchownie. Momentami sprawia to wrażenie zaledwie nieco bardziej rozbudowanych artykułów prasowych.
Po drugie, przeciętny język autorki., która zbyt często uderza dosłownie w tabloidowe tony. Najmocniej odczuwalne jest to w fabularyzowanych rekonstrukcjach wydarzeń, które Ornacka hojnie wplata w każdą z historii. Może niektórym nie będzie to przeszkadzać, mnie jednak potwornie raziło.

Plusy? Mimo powyższych mankamentów Tajemnice Zbrodni czyta się ze sporym zainteresowaniem. Cieszy ponadto duża ilość zdjęć, nawet jeśli niektóre wydają się wrzucone na siłę, by tylko zwiększyć objętość i tak niewielkiej książki. I w końcu, miłośnicy kryminalistyki nie są szczególnie rozpieszczani przez rodzimych wydawców, ostatecznie można więc sięgnąć. Zwłaszcza w przypadku, gdy dopiero wkraczamy na tereny kryminalistyki. Bardziej zaawansowani miłośnicy tematu mogą sobie z czystym sumieniem Tajemnice Zbrodni odpuścić - istnieją dokładniejsze publikacje godne Waszej uwagi.

Ocena: 5,5/10 

Największy plus: interesujące sprawy
Największy minus: niezbyt wysokich lotów styl i język


wtorek, 9 kwietnia 2013

Miasto Słońca - David Levien




Miasto Słońca - David Levien
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 376
Gatunek: kryminał, thriller, sensacja


Dwunastoletni Jamie Gabriel wsiada na rower, aby jak co rano rozwieźć gazety na przedmieściach Indianapolis. Nie wraca już do domu...
Czternaście miesięcy później zrozpaczeni rodzice powoli tracą nadzieję na odnalezienie syna. Przygnębieni bezczynnością policji która nie może odnaleźć chłopca, znajdują iskierkę nadziei - prywatnego detektywa, który może być ich ostatnią szansą.
Frank Behr to były glina, którego przeszłość skrywa osobistą tragedię, podobną do tej, która stała się udziałem rodziców Jamiego. Zmagając się z demonami przeszłości, detektyw podejmuje się sprawy, jednak wie, że znalezienia chłopca przy życiu będzie graniczyło z cudem...


Fabuła wydaje się znajoma? Cóż jednak z tego, gdy "Miasto Słońca" czyta się znakomicie, nie zwracając uwagi na ewentualne nierówności. Blisko 380 stron porządnie skrojonej kryminalnej intrygi.
Levien, z zawodu scenarzysta i producent filmowy, potrafi budować i równomiernie rozłożyć napięcie. Od sceny otwierającej książkę - w której obserwujemy chłopca tuż przed tym, jak zostaje porwany - aż po finał towarzyszą nam silne emocje i stały syndrom jeszcze jednego rozdziału. Przydało się autorowi doświadczenie nabyte podczas pracy nad filmami, bez dwóch zdań. Aż dziw bierze, że do dziś nie powstała ekranizacja - gotowy materiał czeka wydrukowany w księgarniach.
Pozytywnie odebrałem sposób, w jaki Levien przedstawił głównego bohatera i wszystkich innych postaci występujących w książce. Frank Behr, prywatny detektyw, którego poczynania obserwujemy, to facet z krwi i kości. Gość z przeszłością, nie zawsze miły i wymuskany, popełniający błędy, ale mimo wszystko dający się polubić (do chwili obecnej powstały już trzy powieści z Behrem, ale polski czytelnik musi zadowolić się tą jedną. Po cichu liczę, że Papierowy Księżyc jeszcze kiedyś sobie o autorze przypomni).
Przekonująco brzmią na szczęście również dialogi, istotny dla mnie element, który spaprany może zepsuć przyjemność z poznawania nawet najciekawszej historii. Spory udział ma tu zapewne niezły przekład niejakiego Rafała Linkiewicza. Dobra robota.

Naprawdę szkoda, że "Miasto Słońca" przeszło w naszym kraju bez żadnego echa. Z ciekawości wrzuciłem tytuł w Google i, ku mojemu zdziwieniu, wyskoczyło mi tylko kilka recenzji. Niewiele, jak na tytuł będący na rynku od 4 lat. Polecam tę książkę właściwie każdemu - dobrze napisana, wciągająca, z szybką akcją i solidnie rozbudowanym tłem, ma ogromne szansę spodobać się zarówno zaczynającym swoją przygodę z gatunkiem, jak i starym wyjadaczom, którzy niejedną już parę zębów na nim zjedli. Warto.

Ocena: 7.5/10

Największy plus: świetnie się czyta, filmowa narracja
Największy minus: zbyt pospieszny, nie do końca przekonujący finał

A dla zainteresowanych wywiad z autorem książki.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Instynkt Śmierci - Bentley Little



Instynkt Śmierci - Bentley Little
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 272

O Bentley'u Little słyszałem i czytałem sporo już od początków mojego zainteresowania literackim horrorem. Jednak dopiero w 2008 roku za sprawą wydawnictwa Amber po raz pierwszy ukazała się w naszym kraju powieść pisarza przetłumaczona na język polski. Był to "Instynkt Śmierci", wydany oryginalnie w 1992 roku.

Cathy miała sześć lat, kiedy mężczyzna, który mieszkał w domu po drugiej stronie ulicy, zamordował żonę i sam się zastrzelił. Słyszała krzyki. Widziała krew i ciała. Teraz, prawie dwadzieścia lat później, dom już nie stoi pusty. Ktoś się do niego wprowadził. I w okolicy zaczynają się dziać straszne rzeczy... A w domu po drugiej stronie ulicy znowu słychać krzyki. Cokolwiek się tam dzieje, to tajemnica, której nikt nie powinien poznać. Ale i Cathy ma swoje tajemnice... 

Oczekiwania miałem duże, wzmagane dodatkowo szalenie zachęcającymi informacjami na okładce ("Każda książka Little'a to wydarzenie roku w świecie literackiego horroru. STEPHEN KING" oraz "W instynkcie śmierci Bentley Little stworzył postać jednego z najbardziej przerażających seryjnych morderców w literaturze). I początkowo istotnie wrażenia płynące z lektury są dosyć pozytywne. Pisarzowi całkiem nieźle udało się przedstawić społeczność małego miasteczka, główni bohaterowie nakreśleni są przyzwoicie, narracja dosyć płynna, język bez zarzutu. Zabrakło jednak najważniejszego elementu, który w horrorach odgrywa przecież kluczową rolę - grozy. Little, przynajmniej w wypadku "Instynktu Śmierci", nie potrafi stworzyć niemal ani jednej rzeczywiście trzymającej w napięciu sceny. Coś tam się niby dzieje, krew i flaki występują w odpowiednich ilościach, ale czytanie o tym nie wywołało we mnie żadnych konkretnych emocji, nie wspominając nawet o tak bardzo pożądanym przez każdego miłośnika gatunku dreszczu przebiegającym po plecach. Jest za to wątek miłosny, którym to autor łaskawie postanowił wzbogacić swoją opowieść, niestety z mizernym skutkiem.
Od pewnego momentu historia staje się nużąca, a główny ZŁY, nie dość, że ujawniony za wcześnie, potwornie rozczarowuje. Finał jest kiepski, naciągany, nieprzekonujący. I ostatecznie - to bardziej thriller, niż horror. Wnioskuje, że przypisanie jej do gatunku grozy podyktowane było wyłącznie ilością mięcha, które przetacza się przez powieść.

Instynkt Śmierci przeczytałem z umiarkowanym zainteresowaniem. Ledwo zjadliwy dreszczowiec z niezbyt wciągającą akcją i zupełnie niesatysfakcjonującym zakończeniem. Wrażenia mojej siostry (już słynnej na blogu) były bardzo podobne do moich, choć jej książka podobała się odrobinę bardziej. Z tego też powodu jestem w stanie polecić ją wyłącznie raczkującym miłośnikom grozy i thrillerów. A wydawnictwu Amber życzę lepszego instynktu podczas dobierania książek, którymi chcą wywołać zainteresowanie pisarzem. W tym wypadku ponieśli klęskę.

Ocena: 5,5/10      

sobota, 6 kwietnia 2013

Ruiny - Scott Smith

Ruiny - Scott Smith
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Do kupienia: Na przykład tu, za 7,65 zł


Do napisania tej opinii przymierzałem się już od dnia, w którym założyłem bloga. Zwlekałem wyłącznie dlatego, że książkę czytałem już kilka lat temu (z pięć albo sześć) i jedyne czym naprawdę mogę się podzielić, to przełożonymi na język słów emocjami, które towarzyszyły mi lekturze. Nie chcąc jednak opierać się wyłącznie na bądź co bądź nieco zatartych już wspomnieniach, przejrzałem książkę raz jeszcze, przeczytałem kilka fragmentów, po czym z czystym sumieniem zabrałem się za ten krótki tekst ;-)

Dwie zaprzyjaźnione pary Amerykanów, Jeff i Amy, Eric i Stacy, spędzają wakacje w Meksyku. Słońce, plaża, beztroskie flirty, nowe przyjaźnie... Kiedy poznany Niemiec przychodzi z wiadomością, że jego brat nie wrócił z wyprawy na wykopaliska archeologiczne, młodzi postanawiają wyruszyć na poszukiwania. Jedynym śladem jest odręcznie naszkicowana mapa. Ekspedycja ratunkowa rychło przeradza się w brutalną walkę o przetrwanie.

Bez owijania w bawełnę i zbędnego suspensu - Smith napisał znakomity, pełnokrwisty (dosłownie i w przenośni) survival horror. Początek jest spokojny, wręcz leniwy, ale to, co dzieje się później przechodzi najśmielsze oczekiwania. Od pewnego momentu książkę czyta się na jednym wdechu - gromkie brawa dla autora, któremu udało się utrzymać czytelnika w stałym napięciu pomimo tego, że niemal cała jej akcja toczy się w jednym miejscu. Do tego trzeba prawdziwego talentu, pisarskiego instynktu.
Świetne są w Ruinach opisy drastycznych scen, zwłaszcza tych z winoroślami w roli głównej - dokładne, boleśnie realistyczne i niejednokrotnie chwytające za gardło. Kilka fragmentów to prawdziwe horrorowe perełki - do dziś tkwią mi w głowie i żadnej innej książce w tym gatunku, którą miałem okazję czytać w następnych latach, nie udało się ich przebić.
Sporo osób narzekało na zakończenie, że niby zbyt otwarte, rozczarowujące. Ja się z tą opinią nie zgadzam - finał jest odpowiednio mocny, a wszystkie niedomówienia tylko pogłębiły uczucie grozy i niepewności, które zostało we mnie jeszcze przez jakiś czas pod odłożeniu książki.

Ruiny polecam właściwie każdemu, nie tylko facetom. Jako dowód krótka anegdotka: po zgarnięciu książki z Empiku i powrocie do domu pochwaliłem się nowym nabytkiem siostrze - zainteresowana rekomendacją Stephena Kinga zapytała, czy może zacząć czytać. Głupi odparłem, że tak, pewnie, czemu by nie. Głupi, bo następnego dnia tak nas ta historia wciągnęła, że niemal doszło do rękoczynów, gdy i ona i ja, dokładnie w tej samej chwili, chcieliśmy książkę czytać. Po krótkiej naradzie udało nam się dojść do kompromisu - ja spędzam czas z Ruinami po południu i po północy, siostra rano i wieczorem ;-)

Polecam. Ścisła czołówka w moim rankingu książkowych horrorów. Do dziś, gdy tylko widzę Ruiny na wyprzedaży za śmieszne 7 czy 8 złotych, mam ochotę kupić jeszcze kilka egzemplarzy. I niech to będzie dla Was ostateczna rekomendacja.

Ocena: 9,5/10

czwartek, 4 kwietnia 2013

Siedlisko - Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr.



Siedlisko - Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr.
Wydawnictwo: Grashopper
Liczba stron: 446


Dawid jest aktorem wychowującym samotnie dwójkę dzieci. Na pierwszy rzut oka całkiem nieźle mu się powodzi. Jest popularny, ma piękny dom i niezły samochód.
Sielanka jednak nie trwa zbyt długo… 
Pewnego dnia jego posiadłość okazuje się siedliskiem złowrogich zjaw, a pobliskie jezioro piekielną otchłanią, skrywającą mroczną tajemnicę. Rodzina aktora znajduje się 
w poważnym niebezpieczeństwie. Tymczasem korowód duchów zacieśnia się wokół Dawida, wirując w coraz szybszym dance macabre...


Każdy, kto choć trochę interesuje się horrorem, czy to w literaturze czy filmie, zgodzi się ze mną, że fabule Siedliska daleko do oryginalności. Czytając opis wydawcy trudno oczekiwać czegoś więcej od przeciętnej historii z dreszczykiem. Może to i dobrze, gdyż dokładnie coś takiego otrzymałem, dzięki czemu po skończonej lekturze nie mogę powiedzieć, że czuje się kompletnie zawiedziony ;)

Wtórność atakuje z książki na każdym kroku. Historia jest przewidywalna, sposoby straszenia mocno zgrane, bohaterowie nieciekawi, nie wzbudzający sympatii, a dialogi drętwe. Czyta się to bez większych emocji. Umiarkowanie wciągnąłem się dopiero na jakieś sto stron przed końcem - trochę za późno, by poprawić wrażenie nijakości.
Książkę pisało dwóch autorów, co momentami jest mocno odczuwalne. Jeden stawia na szybką akcję, drugi na budowanie napięcia. Dużo lepiej radzi sobie ten ostatni - fragmentami bywa naprawdę klimatycznie i aż szkoda tych kilku potencjalnie dobrych "straszaków", które prędzej czy później zawsze zostają zmarnowane.
Jest tu nawet jedna scena łóżkowa, ale tak żałośnie napisana, że litościwie pominę ją milczeniem ;)
Wiecie co najbardziej boli? Stale towarzyszące uczucie, że dodatkowe dwa tygodnie burzy mózgów, poprawek  i cięć sprawiłoby, że książka byłaby naprawdę zjadliwa. Za dużo w niej chaosu i nieścisłości (dokładnie jak w moich opiniach, zatem wiem co mówię :-P).
Do plusów mogę zaliczyć wydanie książki - prezentuje się nieźle, w środku są nawet ilustracje (takie sobie), a w formie bonusu gratisowa zakładka.

Siedlisko nie jest najgorszym polskim horrorem z jakim miałem do czynienia. To książka pod każdym względem przeciętna, nie wybijająca się ponad standardy. Dla mnie, który przeczytał i obejrzał już wiele, to stanowczo za mało. Przeczytać można, - zwłaszcza jeśli dopiero zaczyna się swoją przygodę z gatunkiem - tylko po co, skoro na rynku znaleźć można od groma dużo lepszych tytułów - także tych z naszego podwórka.

Ocena: 4,7/10

Cichowlas i Kyrcz napisali wspólnie jeszcze zbiór opowiadań zatytułowany "Twarze Szatana" (posiadam) oraz powieści grozy "Koszmar na miarę" (nie posiadam) i "Efemeryda" (też nie). Najwyraźniej nieźle im się współpracuje :-)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Zaginiona Dziewczyna - Gillian Flynn



Zaginiona Dziewczyna - Gillian Flynn
Wydawnictwo: G+J Książki
Liczba stron: 652

Wystarczyła zaledwie jedna książka, by Gillian Flynn trafiła na listę moich ulubionych autorów. Po rewelacyjnym "Mrocznym Zakątku" natychmiast kupiłem i przeczytałem "Ostre przedmioty", a potem pozostało już tylko wyczekiwać informacji o polskim wydaniu "Gone Girl", które za granicą zebrało niemal same pozytywne noty. Na początku tego roku, bodajże w lutym, moja cierpliwość została w końcu wynagrodzona. "Zaginioną dziewczynę" na marzec zapowiedziało wydawnictwo G+J książki, w twardej okładce (tego się nie spodziewałem, miłe) i cenie 40 złotych. Zamówiłem, wytrwałem do dnia premiery, odebrałem i w końcu przeczytałem.

Jest upalny letni poranek, a Nick i Amy Dunne obchodzą właśnie piątą rocznicę ślubu. Jednak nim zdążą ją uczcić, mądra i piękna Amy znika z ich wielkiego domu nad rzeką Missisipi. Podejrzenia padają na męża. Nick coraz więcej kłamie i szokuje niewłaściwym zachowaniem. Najwyraźniej coś kręci i bez wątpienia ma w sobie wiele goryczy - ale czy rzeczywiście jest zabójcą? 

Niesamowita była to przejażdżka, prawdziwy rollercoaster emocji. Flynn z wielką precyzją snuje swoją opowieść, bawi się z czytelnikiem w kotka i myszkę, podrzuca fałszywe tropy, zwodzi i jeszcze raz zwodzi. Kilkakrotnie byłem przekonany, że odgadłem co lub kto kryje się za tajemniczym zniknięciem Amy, za każdym razem nadchodził jednak moment, gdy uświadamiałem sobie w jak wielkim tkwiłem błędzie. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania. Dopiero za jej sprawą udało mi się w pełni zrozumieć znaczenie frazy "książka czyta się sama". "Zaginioną dziewczynę" bardzo trudno odłożyć na później, a gdy już to nastąpi (praca, posiłek, kąpiel, cokolwiek), to historia cały czas siedzi w głowie, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Tak jak i poprzednich książkach Flynn w "Zaginionej dziewczynie" znajdziemy świetnie zarysowanych bohaterów. To akurat nie było dla mnie zaskoczeniem, a wyłącznie potwierdzeniem talentu, który tkwi w autorce. Nick i Amy są najzwyczajniej ludzcy, wiarygodni od strony psychologicznej, a to chyba najlepsze, co można powiedzieć o wykreowanych przez pisarza postaciach.
Książka pełna jest też bardzo ciekawych, dających do myślenia spostrzeżeń dotyczących ludzkiej natury, małżeństwa itd.

Co więcej można dodać? Będzie krótko.
"Zaginiona dziewczyna" to thriller z najwyższej półki, który zadowoli nawet bardziej wybredne gusta. Przemyślana, doskonale napisana opowieść. Koniecznie.

Ocena: 9,3/10

niedziela, 31 marca 2013

Intruz - Stephenie Meyer



Intruz - Stephenie Meyer
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 560

Nigdy bym na Intruza nie spojrzał, gdyby nie moja starsza siostra. Podrzuciła mi książkę mówiąc coś o świetnym, wciągającym science-fiction. Niech będzie, pomyślałem układając książkę na półce, może będę kiedyś cierpiał na brak ciekawszych lektur, przyda się. I tym sposobem na kilkanaście miesięcy Intruz popadł w kompletne zapomnienie (ja i brak czegoś do czytania? Przy moim nieuleczalnym nałogowym buszowaniem po księgarniach, zarówno klasycznych jak i internetowych? Dobry żart). Jednak w końcu, a było to przy okazji książkowych porządków, nadszedł dzień, gdy zirytowany nieporęcznym formatem dzieła Meyer, postanowiłem przez niego przebrnąć i bezzwłocznie zwrócić prawowitej właścicielce :-P

Fabuła rzeczywiście może wydawać się interesująca. Nasza planeta zostaje opanowana przez istoty z kosmosu. Dusze, gdyż tak się o nich mówi, przejmują kontrolę nad ludźmi, traktując ich ciała jako pojemniki z żywnością. Poznajemy jedną z bardziej doświadczonych Dusz - Wagabunde. Jej żywicielem zostaje Melanie, młoda dziewczyna, której siła woli okazuje się tak potężna, że nawet stara wyga Wagabunda nie jest w stanie unicestwić jej jaźni. Melanie, pozbawiona kontroli nad własnym ciałem, postanawia zaatakować intruza swoją jedyną bronią - myślami i wspomnieniami, o chłopaku oraz młodszym bracie, których musiała zostawić. Próby te przynoszą w końcu skutek - oszołomiona złożonością ludzkich uczuć Dusza postanawia wraz ze swoją towarzyszką odszukać ukochanych.

Na okładce czytamy, że Intruz to pierwsza powieść Stephenie Meyer napisana z myślą o dorosłych czytelnikach. Ciężko się z tym zgodzić. Tak jak i w przypadku sagi Zmierzch, otrzymujemy historię celująca głównie w nastoletnie gusta. Bardziej wyrobieni czytelnicy szybko dostrzegą wszelkie braki i płycizny, którymi opowieść jest usiana. Wszystko toczy się bardzo przewidywalnym torem, tempo jest nierówne, książka często dłuży się i nuży. Chyba tylko w dwóch czy trzech fragmentach z prawdziwą przyjemnością śledziłem postęp wydarzeń. Autorka kompletnie nie wykorzystała potencjału tkwiącego w umiejscowieniu fabuły w zamkniętej przestrzeni (większa część powieści toczy się w jaskiniach). Zero napięcia, zero poczucia osaczenia. Nudy.

Oczekujących porządnego science fiction czeka srogi zawód, ale miłośnicy historii romantycznych poczują się jak ryba w wodzie. Bohaterki cały czas myślą i rozprawiają o sprawach sercowych, a wszystko to przeplatane jest wyciskającymi łzy scenami (zwłaszcza pod koniec). Meyer starała się nadać postaciom jakiegoś charakteru i w niewielkim stopniu jej się to udało. Nie są aż tak irytujące jak mogłyby być :) Gdyby jeszcze tylko dialogi nie były tak piekielnie sztampowe...
Ta historia miała pewien potencjał. Pomysł umieszczenia dwóch bohaterek w jednym ciele nie jest może zupełnie świeży, ale daje ogromne pole do popisu. Szkoda, że nie zostało ono wykorzystane.

Intruz nie jest powieścią pozbawioną wszelkich zalet. Ma swoje momenty, i czytelnicy w określonym wieku i o określonym guście na pewno będą czerpać z lektury przyjemność. W końcu nawet i ja dobrnąłem do końca, coś musiało więc mnie do przodu pchać. A tym czymś była czysta ludzka ciekawość. Tego jak się to wszystko skończy, czy dobro wygra ze złem, a bohaterki odnajdą swoje szczęście. Dowiedziałem się. Z czystym sumieniem polecam tylko czytelnikom poniżej osiemnastego roku życia, cała reszta może być mocno rozczarowana ;-)

Ocena: 5.1/10