wtorek, 24 września 2013

Intensywność - Dean Koontz


Intensywność - Dean Koontz
Wydawca: Albatros
Liczba stron: 400

Oczekiwanie na premierę Kingowej kontynuacji Lśnienia postanowiłem umilić sobie lekturą czegoś lżejszego i niezobowiązującego. Miało już paść na Mastertona, ale buszując w ogromnym stosie nieprzeczytanych książek przyszło mi w końcu na myśl, że dawno nie sięgałem po nic od Deana Koontza. Jako pierwsza rzuciła mi się w oczy bijąca dość jaskrawą czerwienią okładka "Intensywności". Nie myśląc długo, zgarnąłem ją, a potem ruszyłem w stronę kanapy ;)

Z jednego prostego powodu odpuszczę sobie w tym wypadku przeklejanie wyprodukowanego przez wydawcę opisu fabuły. Zdradza zwyczajnie zbyt wiele - ostatnie jego zdanie odnosi się do dwusetnej strony książki. Nauczony doświadczeniem, czytam zawsze tylko dwa albo trzy zdania opisów (analogicznie sprawa wygląda z trailerami filmów, kilkanaście sekund i wyłączam), co po raz kolejny uratowało mnie przed ogromnymi spojlerami.

Główną bohaterka jest Chyna Shepherd, młoda, mocno doświadczona przez życie kobieta. W momencie, gdy wydaje jej się, że wszystko zaczyna się w końcu jako tako układać, ślepy los rzuca ją w szpony psychopatycznego mordercy. Rozpoczyna się walka o życie. A właściwie o dwa życia.

Nieco to uproszczone, ale przynajmniej nie odkrywa wszystkich kart.

Nie zadziwię chyba nikogo, stwierdzając, że Koontz jest pisarzem nierównym. Kupując jego książki mam często wrażenie uczestniczenia na jarmarcznej loterii, gdzie równie dobrze możemy wygrać toster, jak i parę niemodnych skarpet. O ile pomysły na fabułę są niemal zawsze w moim odbiorze co najmniej intrygujące, to efekty przelania ich na papier bywają różnorakie. Intensywność, pomimo kilku mankamentów, śmiało można zaliczyć do kategorii udanych dzieł autora. To pełnowymiarowy dreszczowiec, z odpowiednio zagęszczoną atmosferą, co najmniej kilkoma naprawdę trzymającymi w napięciu scenami i szybkim, iście filmowym finałem. Zmagania głównej bohaterki z zabójcą, choć odrobinę nieprawdopodobne, przedstawione są w sposób nieirytujący. Z pewnym zaskoczeniem zdałem sobie sprawę, że niektóre wydarzenia i opisy, które w wykonaniu innego autora obrzucałbym błotem, tu w ogóle mnie nie wkurzają. U Koontza, tak jak w przypadku Elizabeth Haynes i jej opisywanego niedawno thrillera "W najciemniejszym kącie", trafiają się nieco zbyt kwieciste i tandetne porównania, ale na szczęście u tego pierwszego ich natężenie nie jest przesadzone, co sprawia, że w Intensywności ta pisarska maniera nie razi jak u Haynes.
Summa summarum, od strony warsztatu jest na tyle solidnie, by w równym stopniu zadowolić mniej i bardziej wymagające gusta. Idealny kompromis.

Właściwie jedynym wyraźnym zarzutem okazuje się to, w jaki sposób Koontz kreuje w powieści czarny charakter. Raz po raz, w niemal każdej książce, mamy do czynienia ze skrajnie zepsutym, pokręconym do granic możliwości typem, u którego - nieważne jak dobrze szukać - dobrych cech się nie uświadczy. Sięgając po książki pisarza raz na dłuższy czas może to nie boli, ale przeczytajcie sobie kiedyś jedną po drugiej, a zobaczycie w czym problem.

Podczas mej niezbyt długiej kariery zapalonego czytelnika (dopiero dziesięć lat, wcześniej tolerowałem głównie komiksy), dobrałem się do dziewięciu książek Deana Koontza. Intensywność plasuje się wśród nich gdzieś na terenach górnej piątki. W sumie - dobra rzecz. Miłośnicy gatunku i samego pisarza nie będą zawiedzeni. Ja na pewno nie byłem.

Ocena: 7,0/10

piątek, 20 września 2013

Koszmary i Fantazje - H.P.Lovecraft


Koszmary i Fantazje - H.P.Lovecraft
Wydawnictw: SQN
Liczba stron: 386

Dziś nikt już nie jest w stanie powiedzieć, ile dokładnie listów w ciągu swego życia napisał Lovecraft, ale nie ma wątpliwości co do tego, że była to liczba ogromna - szacunkowo od sześćdziesięciu do stu tysięcy sztuk. Wiedząc o tym, trudno uwierzyć, że Howard w czasach wczesnej młodości wszelkimi sposobami wzbraniał się przed tą formą kontaktu z innymi ludźmi, a przymus naskrobania chociażby krótkich podziękowań czy życzeń, był dla niego istną katorgą. W końcu jednak złapał bakcyla, dzięki czemu za sprawą tej części twórczości możemy poznać dziś jego osobę nieco lepiej. Ba, gdyby nie listy, licząca sobie sporo ponad tysiąc stron biografia Lovecrafta autorstwa S. T. Joshiego, zamknęłaby się pewnie w jednej piątej tej objętości, a wiele lat z życia ojca horroru pokrytych byłoby dziś białą plamą niewiedzy.

Poza granicami naszego kraju zbiory listów, esejów i całej reszty tego typu tekstów, które wyszły spod pióra HPL-a, wydawane są często i chętnie, u nas jak dotąd, poza kilkoma małymi wyjątkami (np. esej "Nadnaturalny horror w literaturze") fani pisarza nie mieli zbyt dużo powodów do szczęścia. Tym mocniej cieszy więc fakt, że w końcu coś na tym poletku zaczęło ulegać zmianie.

Koszmary i Fantazje jest niczym innym, jak właśnie zbiorkiem listów i esejów napisanych przez Samotnika z Providence na przestrzeni kilkunastu lat życia. Może niektórzy zechcą mnie za to stwierdzenie zlinczować, ale wiele z tych tekstów czyta się nawet lepiej niż część opowiadań Lovecrafta ;) Był to człowiek obdarzony niesamowitą inteligencją, oryginał, twardo i z zaskakującą skutecznością broniący swych (często mocno kontrowersyjnych) poglądów. Wszystko to oczywiście w swoim niepodrabialnym, tak dobrze znanym z opowiadań i dłuższych historii, stylu.

Liczba listów i całej reszty tekstów nie jest może oszałamiająca, ale odpowiedzialny za tłumaczenie i wybór Mateusz Kopacz zadbał o to, by były jak najciekawsze i podejmujące różnorodną tematykę. Na szczególną uwagę zasługuje tu zwłaszcza Notatnik z pomysłami (aż żal, że tak dużo z nich nigdy nie doczekało się rozwinięcia). Sporą wartość ma też odrzu­cony szkic Widma nad Innsmouth (można go sobie potem porównać z ostateczną wersją opowiadania). W pamięci zostaje poza tym znakomity esej o wyższości kotów nad psami oraz kilka listów, w których objawia się wyborne poczucie humoru Lovecrafta. Dla fana są to perełki w czystej postaci :) Kilka tekstów okazuje się jednak nudnych i męczących - konia z rzędem temu, kto za jednym podejściem bez uczucia znużenia przeczyta całe Obser­wa­cye w kilku czę­ściach Ame­ryki dokonane. Tekst ten, stylizowany przez autora na język używany w XVIII wieku, jest pomysłowy, czuć też, że jego pisanie przyniosło mu masę frajdy, ale okazuje się zwyczajnie za długi. Jest to, rzecz jasna, moja subiektywna opinia, nigdy nie byłem miłośnikiem architektury, ukształtowania terenu etc., tak że dla osób nieco bardziej zainteresowanych tematem będzie to niewątpliwie pasjonujące dwadzieścia stron lektury. Tak czy siak, dobór i tłumaczenie stoją na bardzo dobrym poziomie. Choćbym nawet bardzo chciał (a nie chcę), to i tak nie mógłbym się do niczego przyczepić.

Książka kosztuje 50 złotych, co jest kwotą stosunkowo wysoką, jednak sposób jej wydania w pełni poniesione koszty wynagradza. Twarda, świetnie prezentująca się okładka, kilka ilustracji, wstęp S. T. Joshiego, indeks. Słowem, pełen profesjonalizm. Nie żałuję ani jednej złotówki, a dziś Koszmary i Fantazje można już dostać dużo taniej. Jeśli mianujesz się fanem HPL-a, to po prostu wstyd nie posiadać tej pozycji w swojej domowej biblioteczce.

Ocena: 9,5/10

czwartek, 19 września 2013

Empik - 3 książki w cenie 2

Promocja trwa od wczoraj. W blogowym świecie nikt (prawie nikt?) o niej nie pisał, postanowiłem więc wspaniałomyślnie rzucić kilka słów w tym temacie ;) Do niedzieli w salonach Empik i na Empik.com przy zakupie 3 książek płacimy tylko za 2. Standardowo gratisem jest najtańsza z całej trójki pozycja. Fajnie, choć nie tak, jak początkowo się wydaje. Na Empik.com jesteśmy ograniczeni do tytułów z katalogu krajowego z dostępnością 24h, co mocno zawężą wybór. Bardzo bardzo mocno... Zawsze można jednak wybrać się do stacjonarnego salonu Empik, tam w promocji są wszystkie książki, bez wyjątków. Sam tak zrobiłem, na miejscu szybko udając się do działu z wydaniami pocketowymi (brak funduszy na większe zakupy, klasyka ;). Poszperałem i kilkanaście minut później odszedłem od kasy z trzema nowymi nabytkami. Dwa kryminały Jo Nesbo (w końcu. Jeszcze trzy i będę mieć wszystkie kieszonkowe) i grubaśna powieść Harukiego Murakamiego. Dowody rzeczowe na fotce pod tekstem ;) Zapłaciłem 30 złotych. Niewiele. Lubię takie promocje, przynajmniej wtedy mam poczucie, że nie przepłacam za książki :P Byliście? Skorzystaliście? A może dopiero zamierzacie skorzystać?

piątek, 13 września 2013

Joyland - Stephen King


Joyland - Stephen king
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 336

Devin Jones, student college'u, zatrudnia się podczas wakacji w lunaparku. Pragnie zapomnieć o nieszczęśliwej miłości. Będzie jednak musiał stanąć twarzą w twarz z czymś dużo straszniejszym. Brutalne morderstwo sprzed lat, los umierającego dziecka, mroczne prawdy o życiu i o tym, co po nim następuje - wszystko to sprawi, że świat Devina już nigdy nie będzie taki sam... 

Na każdą nowość, która wyszła spod pióra Stephena Kinga rzucam się niczym wygłodniałe zwierzę na schabowego, nie zdziwi więc zbytnio nikogo fakt, że Joyland miałem już w dniu premiery. Na samym starcie pozytywnie zaskoczyła mnie cena. Większość sklepów sprzedawała książkę z dużym rabatem. Ba, po dziś dzień można ją dostać za ponad dziesięć złotych mniej niż wskazuje kwota widniejąca na okładce. Przełożyło się to oczywiście, rzecz jasna poza kampanią reklamową, na sprzedaż, co odzwierciedla między innymi bardzo duża ilość głosów oddanych na Joyland w serwisie Lubimy Czytać. Jest dobrze. A sama powieść? Niezła. Zaledwie niezła. Podejrzewam, że gdyby napisał ją ktoś inny, rozpływałbym się teraz w zachwytach, ale to King, a na tle jego wcześniejszych dzieł, nawet tych świeżych, (Pod Kopułą, Dallas '63) wypada tylko zadowalająco. Żeby nie było niedomówień - podobało mi się. Mam jednak kilka zarzutów, nad którymi w tej krótkiej opinii się skupię. Przede wszystkim jest za krótko. Kilka wątków aż prosi się o rozbudowę, dodatkowe kilkadziesiąt stron na rozwinięcie skrzydeł. I niech mi teraz ktoś powie, że King jest be, bo leje wodę i przynudza... Rzucę mu w twarz Joyland, które w starciu z wagą ciężką, a mówiąc to, mam na myśli chociażby "To", "Bastion", "Dallas '63" i "Pod Kopułą", pada nieprzytomne już po kilku rundach wymiany ciosów.
Po drugie, nie jest to horror, nie jest to też kryminał. To obyczajówka z lekko zarysowanym wątkiem paranormalnym i jeszcze mniej widocznym wątkiem kryminalnym. Choć to akurat wcale nie wada, od dłuższego czasu twierdzę, że najlepszy King, to King w wydaniu obyczajowym. I te fragmenty w Joyland czyta się najprzyjemniej. Cała reszta (groza i kryminał) zdają się być nieco wymuszone i w gruncie rzeczy zbędne. Na szczęście finałowe starcie, choć z przewidywalnym zakończeniem i z największą ilością ów zbędnych przedstawicieli dwóch powyższych gatunków, trzyma w napięciu i przebija się przez nie ekspresowo. Świetnie, bardzo przekonująco przedstawione jest też życie codzienne pracowników parku rozrywki. Ich zajęcia, problemy, slang (w tym miejscu brawa za solidny przekład)...fajnie spojrzeć na to od środka, oczami bohatera, który - zupełnie tak jak my - nic o tej stronie wesołego miasteczka tak naprawdę nie wie. Na osłodę znajdzie się też wątek romantyczny, któremu niektórzy zarzucają co prawda zbyt bliskie powiązania ze stylem pisarskim Danielle Steel, mnie się jednak podobał. Mógłby być nawet bardziej rozbudowany.
Czytając Joyland na zmianę towarzyszyły mi właśnie uczucia frajdy i niedosytu. To tak, jakby szef kuchni w dobrej restauracji podsuwał Wam pod nos smaczną potrawę, pozwalał wziąć kilka kęsów, i tuż po tym ją zabrał, na jej miejsce serwując coś innego. Nawet jeśli nowe danie okazuje się równie dobre, to wciąż macie w pamięci radość jaką sprawiała Wam ostatnia potrawa i przez dłuższą chwilę ciężko cieszyć się nowym przysmakiem. Wychodząc z takiego lokalu mamy pełne prawo być nieco skołowani :p I coś takiego mam z Joyland. Niby się podobało, a jednak ostatecznie przyznaje książce siódemkę.

Ocena: 7.0/10

Już za 11 dni premiera Doktora Sen - woohoo! Dni zaczynają się coraz bardziej dłużyć, ale to już naprawdę tuż tuż, niemalże czuje zapach farby drukarskiej ;) Książka będzie gruba, co cieszy, jednakże kilka dni temu moi tajni agenci donieśli, że objętość jest sztucznie rozdmuchana. Mam nadzieję, że w graniach rozsądku. Pożyjemy, zobaczymy. Księgarnio Prószyńskiego - wypatruj mnie 24 września w swych progach! ;)

wtorek, 2 lipca 2013

W Najciemniejszym Kącie - Elizabeth Haynes


W Najciemniejszym Kącie - Elizabeth Haynes
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 434

Catherine Bailey jest singielką wystarczająco długo, by na pierwszy rzut oka rozpoznać smakowity kąsek. Lee – wspaniały, charyzmatyczny i spontaniczny – wydaje się mężczyzną idealnym. Znajomi Catherine, którzy po kolei ulegają jego urokowi, również podzielają tę opinię.
Wkrótce jednak Lee ujawnia swoje prawdziwe oblicze, a miejsce czułości i namiętnego seksu zajmuje chorobliwa zazdrość. Choć nieprzewidywalność mężczyzny i jego bezwzględne dążenie do sprawowania kontroli zaczynają przerażać Catherine, nikt nie traktuje poważnie jej obaw. Zdesperowana dziewczyna, coraz bardziej odizolowana, uwięziona w najciemniejszym kącie własnego świata, drobiazgowo obmyśla plan ucieczki...

Chyba nie istnieje możliwość podejścia do książki bez żadnych oczekiwań kiedy jeszcze przed rozpoczęciem lektury wydawca atakuje nas kilkoma stronami zapełnionymi fragmentami pozytywnych recenzji i opinii. Pisarze, prasa - wszyscy chwalą, zachwycają się stylem, psychologiczną głębią, w zasadzie wszystkim. Przyznaje, solidnie się tymi słowami nakręciłem. W rezultacie rzeczywiście oczekiwałem zarówno "wstrząsającego thrillera psychologicznego", jak i "jednego z najlepszych kryminałów, jakie ukazały się w ubiegłym roku". Wiem, nie powinienem. Przecież życie nauczyło mnie nie ufać żadnym pismakom i autorom, którzy bez mrugnięcia okiem za kilka tysięcy dolarów w kilka minut nasmarują parę pozytywnych zdań o każdej, choćby nawet bardzo przeciętnej książce.
Poczucie zawodu było chyba nieuniknione. I tak, zawiodłem się. Bo "W Najciemniejszym Kącie" nie sprawdza się ani jako historia psychologiczna, ani jako czystej rasy kryminał. To po prostu thriller, powiedziałbym wręcz, że typowo rozrywkowy, nawet jeśli poruszana w książce tematyka jest całkiem poważna i aktualna. Thriller, nic ponadto. I to raczej dla mas, taki, którego przeciętny Kowalski nie porzuci po kilkudziesięciu stronach ze względu na "ciężar", trudny język czy cokolwiek innego charakteryzującego ambitniejsze pozycje.
Ze względu na wygórowane oczekiwania przez pierwsze sto stron czytało mi się to strasznie źle, ale potem - kiedy już przestawiłem zwrotnicę i skierowałem wagonik na tory Piotra mniej wymagającego - historia okazała się całkiem ciekawa, okazjonalnie trzymająca nawet w napięciu. Krótkie rozdziały i ciekawa struktura powieści sprawiają, że bardzo trudno odłożyć ją na później. Na pewno to znacie - "jeszcze tylko ten rozdział i biorę się za pracę", a po chwili "O, kolejny też jest krótki, nic się nie stanie jak go przeczytam". I tak przez następne trzydzieści minut :)
Tyle jeśli chodzi o zalety, a jako że lubię zrzędzić, to pokręcę jeszcze nosem na dosyć słabe dialogi i wyraźnie wyczuwalną naiwność całej opowieści - niektóre sceny są naprawdę grubymi nićmi szyte. Nie chcąc spojlerować, nie będę tego tematu bardziej zgłębiać.
Warto też wspomnieć, że od czasu do czasu autorka stara się wprowadzić nieco mocniejszy akcent, zaszokować, korzystając przy tym z szerokiego asortymentu słów powszechnie uznanych za wulgarne, ale robi to trochę nieporadnie. W tych momentach najwyraźniej widać, że brak jej pazura. Że to trochę nie jej gatunek. I być może właśnie to powoduje, że "W Najciemniejszym Kącie" to książka, która mogła być bardzo dobra (pomysł), a jest tylko dobra. Do przeczytania i raczej szybkiego zapomnienia.

Ocena: 6,2/10

[DS] Assassin's Creed: Altair's Chronicles - recenzja gry


Assassins Creed na DS-ie, czego można było się spodziewać, to zupełnie inna gra niż ta z komputerów i dużych konsol. Gameloft oferuje nam platformówke, w której elementy skradankowe stanowią zaledwie śladowy składnik całej rozgrywki. Gra ukazała się w sklepach już kilka lat temu, ale po skończeniu głównego wątku stwierdzam, że nawet dziś - choć na tle nowszych DS-owych platformerów wypada raczej przeciętnie - potrafi przykuć do dwóch ekranów konsolki na kilka chwil. Istotne jest, iż fabuła nie odtwarza tego, co mieliśmy okazję zobaczyć w dużym AC - historia ma miejsce przed wydarzeniami znanymi z pierwowzoru. Tak, to brzmi fajnie, a jednak w praniu zbyt fajne nie jest. Scenariusz jest miałki i schematyczny, choć ale nie na tyle, by pomijać animacje. Zawsze coś.

Grze najbliżej chyba do Prince of Persii. Sporo walczymy, ale gameplay w dużej mierze opiera się na skakaniu, omijaniu rozmaitych pułapek i wspinaczek na wszystko, co popadnie. Gameloft dwoi się i troi, by do rozgrywki nie wkradła się monotonia. Po części im się to udaje, po części nie. Etapy są dosyć zróżnicowane i aż do samego końca zabawy trafiamy na świeże fragmenty rozgrywki. Za to zdecydowanie należy się autorom spory plus. Szkoda tylko, że to wszystko jest jakieś takie bez polotu, zaledwie rzemieślniczo wykonane. Misji jest w sumie 13, a większość z nich dzieli się na 2 czy 3 podpoziomy, co przy zwyczajnym tempie rozgrywki na normalnym poziomie trudności powinno dostarczyć maksymalnie 8 godzin zabawy. Dużo, mało? W sam raz.

Biegania po dachach jest tu sporo. Ale to dobrze, wyżej jest bezpieczniej.
Oprawa graficzna stoi na dopuszczalnym poziomie. Zwiedzimy sporo różnych miejscówek i każda z nich posiada swoje charakterystyczne elementy wystroju. Niektóre lokacje są bardzo ładne, inne kolą nasze poczucie estetyki brzydkimi teksturami i sterylnością, ale suma sumarum nie jest tak najgorzej. Zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z grafiką 3D - ząbki i duże piksele można na DS-ie zrozumieć. Jedynym wyraźnym mankamentem są spadki płynności podczas walki z dużą ilością wrogów. Chwilami czułem się prawie jakbym oglądał pokaz slajdów.

Muzyka odzywa się głównie podczas starć z wrogami i brzmi nie najgorzej. Niezłe są też efekty dźwiękowe. Szkoda, że scenki pozbawione są czytanych dialogów, nadałoby im to nieco ładunku emocjonalnego.

Ekran dotykowy wykorzystujemy do wglądu na mapę obecnie eksplorowanego terenu, zmiany broni, a także podczas prostych mini gier - wyciąganie kluczy z kieszeni strażników i przesłuchania. W pierwszej musimy przesuwać klucz tak, by w drodze do "wyjścia" nie dotykał niczego wokół siebie. W drugiej w odpowiednim momencie uderzamy stylusem w pojawiające się na ekranie kółeczka. Coś jak w grach rytmicznych. Kilka razy skorzystamy też z mikrofonu, zdmuchując piasek ze skrzyń skrywających niebieskie chmurki. Te służą do upgrade'u naszych punktów życia oraz siły ataku. Znajdujemy je właśnie w skrzyniach, wazach, luźno leżące na ziemi oraz po pokonaniu wrogów.

Wspomniana wyżej mini-gra w złodzieja. Dosyć prosta - żeby nie powiedzieć prostacka - ale w małych ilościach bawi
Sterowanie nie należy do najwygodniejszych. Postać Asasyna porusza się dosyć topornie i przez pierwszą godzinę co krok giniemy w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, zwłaszcza tam, gdzie należy wykonać skok. Nic tu nie jest intuicyjne, przez co początek zabawy może okazać się odstraszający od sięgnięcia głębiej. Poziom trudności jest tym samym nierówny. Niektóre fragmenty przechodzimy z palcem w nosie, inne zaś powtarzamy po kilka(naście razy). Absurdem są walki z bossami, składające się z banalnych i krótkich Quick Time Eventów. Porażka na całej linii. Pojedynki te nie dają żadnej satysfakcji.

Z oceną ogólną mam mały problem. AC na DS-ie to produkcja mocno niedopracowana, ale aż do finału trzymająca przed ekranami konsoli w umiarkowanym zainteresowaniu. Zagrać można, ale jeśli tego nie zrobicie, wasze życie na pewno nie stanie się uboższe ;-)

Grafika: 6+/10
Dźwięk: 6/10
Grywalność: 6/10
Ocena ogólna: 6/10
     

piątek, 31 maja 2013

Zodiak - Robert Graysmith


Zodiak - Robert Graysmith
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 272 (+32 strony zdjęć)

Nigdy nie czytam dwa razy tych samych książek. Po prostu szkoda mi czasu. Świadomość, że te kilkanaście godzin spędzonych na powtórce mogę poświęcić na poznanie czegoś nowego jest przygniatającym argumentem w starciu nawet z moimi ulubionymi powieściami. Nie ma jednak reguł bez wyjątków, a jednym z nich jest właśnie - jak już pewnie zdążyliście dostrzec, spoglądając na okładkę i tytuł - "Zodiak" Roberta Graysmitha. Słuchając poświęconego seryjnym mordercom odcinka podkastu Masy Kultury naszła mnie silna chęć na ponowne zmierzenie się z tą książką. Wciąż pamiętałem z jaką fascynacją czytałem ją po raz pierwszy - choć miało to miejsce ponad 6 lat temu. Po kilka dniach opierania się pokusie nie wytrzymałem i złamałem swoją zasadę. Po raz drugi w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Bardzo niepokojący objaw ;) Nie było jednak tak strasznie, gdyż te niespełna 270 stron (plus 32 strony skanów, zdjęć itd.) wtłoczyłem w swój chory umysł stosunkowo szybko - w trzy dni. Wrażenia? Niemal pokrywające się z tymi, które wzniosłem z pierwszego spotkania - kawał świetnej literatury faktu. I nic a nic nie przeszkadzały mi nawet zgrzyty w polskim tłumaczeniu (błędy, pomyłki, chwilami koślawy przekład). Amber to Amber, wyżej wymienione usterki są po prostu jedną z cech charakterystycznych wydawnictwa ;)
Kim jest Zodiak? Seryjnym mordercą, który polował na swoje ofiary w latach 60 i 70-tych ubiegłego wieku (a być może też wcześniej i później). Mordował na różne sposoby - nożem, z broni palnej, w przebraniu, bez przebrania - czerpiąc ze swych czynów, jak się zakładało, przyjemność seksualną. Jak głosi tekst z okładki, Zodiaka poszukiwano za 6 zabójstw, choć on sam przyznawał się do niemal czterdziestu. Ponurą sławę zyskał między innymi za sprawą listów i szyfrów, które wysyłał do gazet, policji i ludzi związanych ze śledztwem. Balansował na krawędzi, a mimo to do dziś jego tożsamość pozostaje zagadką. Również kilka szyfrów cały czas pozostaje niezłamanych. Czy rzeczywiście, jak sugerował morderca, w jednym z nich kryje się jego imię i nazwisko? Jeśli tak, to prawdopodobnie ułożył kryptogram w taki sposób, by jego rozwiązanie było niemal niemożliwe.
Dużym plusem wydania są 32 strony skanów listów, szyfrów i innych przesyłek Zodiaka. Na zdjęciu  po lewej stronie znajduje się wspomniany niezłamany dotąd kryptogram. 
Książkę napisał Robert Graysmith, dziennikarz i karykaturzysta pracujący dla dziennika "San Francisco Chronicle" w czasie, gdy Zodiak przysyłał swoje listy. Sprawa ta tak mocno go zafascynowała, że przez lata badał wszystkie jej wątki, nawet te, które policja, często niesłusznie, z miejsca odrzuciła. Wyniki swojego śledztwa opisał właśnie w tej książce. Dziś, po ponad trzydziestu latach od jej wydania, jest już chwilami trochę zdezaktualizowana - z upływem czasu wyszły na jaw nowe informacje, ale cały czas jest to w naszym kraju najlepsze źródło wiedzy na temat nieuchwytnego Zodiaka. Zauważyłem też, że Graysmith, opierając się na przeprowadzonych rozmowach, kilka razy przedstawia rekonstrukcję wydarzeń odbiegającą od tej, którą znaleźć można w aktach poszczególnych spraw (dla ciekawych - można je znaleźć w sieci). Niedbałość policji jest chwilami przerażająca, co razi tym mocniej, że przy innych okazjach wykazywali się wręcz śmieszną nadgorliwością. Jedno można powiedzieć na pewno - Zodiak był szalenie sprytny, ale to, że nie został schwytany jest w równym stopniu zasługą jego niewyobrażalnego szczęścia.
Portret pamięciowy Zodiaka

W książce sporo jest domysłów, pytań bez odpowiedzi i frustrującej bezsilności wszystkich związanych w jakikolwiek sposób ze sprawą, a Graysmithowi daleko do utalentowanego pisarza, ale czyta się to na jednym wdechu. I nic więcej, poza faktem, iż jest to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego fascynata tematyką morderców, dodawać nie trzeba.

Ocena: 9/10 

piątek, 24 maja 2013

Rudy - Jack Ketchum


Rudy - Jack Ketchum
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 364

Gdyby nie pies, Avery Ludlow byłby zupełnie samotnym człowiekiem. Żona i młodszy syn tragicznie zginęli, ze starszym nie utrzymuje żadnych kontaktów, a córkę słyszy tylko od czasu do czasu w słuchawce telefonu. Pewnego dnia trójka znudzonych, zupełnie obcych mu nastolatków napada na Ludlowa w lesie. Kiedy okazuje się, że nie ma on przy sobie żadnej gotówki, jeden z wyrostków bez ostrzeżenia strzela do psa, uśmiercając go na miejscu. Zrozpaczony mężczyzna rozpoczyna nierówną walkę o sprawiedliwość.
Kiedy zawodzi go prawo, postanawia wziąć sprawy we własne ręce.

Aż 17 lat przyszło nam czekać na polskie tłumaczenie tej historii. Warto było - w moim prywatnym rankingu Rudy znalazł sobie ciepłą miejscówkę w ścisłej czołówce listy dokonań pisarza. Bo z Ketchumem mam to samo co z Kingiem, wolę go w obyczajowym, realistycznym wydaniu, bez stworów i mutantów. Akcji i zaskakujących wydarzeń w Rudym znajdziemy stosunkowo niewiele. Właściwie tylko początek i finał zawiera jakieś mocne akcenty, którym udaje się przyspieszyć tętno, w środku zaś historia skupia się na dialogach i sferze prawnej. Pod tym względem opowieści najbliżej do Jedynego dziecka.
Dobrze napisane, angażujące czytelnika (zwłaszcza jeśli jesteście miłośnikami zwierząt - świadomość, że nie mają one niemal żadnych praw jest mocno frustrująca), no i zostaje w pamięci. Warto też wspomnieć o ekranizacji, która jest bardzo wierna książkowemu oryginałowi. Ostrzegam tylko przed oglądaniem trailera - zdradza całą fabułę, włącznie z finałem (sic!).

Poza Rudym książka zawiera też minipowieść zatytułowaną Prawo do życia. Bardzo miły akcent ze strony wydawcy, gdyż objętością niewiele ustępuje tytułowej opowieści. Dostajemy zatem Ketchuma w dwóch daniach za cenę jednego. Mniam. Obawiałem się trochę tego, że skoro "Prawo..." traktowane jest jako bonus, okaże się nędzne. Niepotrzebnie, bo to naprawdę dobry kawałek tekstu, a przy okazji zupełne przeciwieństwo Rudego. Brutalne, krwawe i odrażające, przypominające nieco Dziewczynę z sąsiedztwa. Autor oparł fabułę na prawdziwej historii porwanej przez psychopatycznych przeciwników aborcji Colleen Stan (niestety trudno znaleźć coś konkretnego o tej sprawie po polsku). Ketchum przedstawia nam pewne małżeństwo, które porywa i przez długie miesiące na wszelkie możliwe sposoby torturuję młodą, ciężarną kobietę. Mocna rzecz, choć nie masakruje psychiki tak bardzo jak wspomniana wyżej Dziewczyna z sąsiedztwa. I całe szczęście.

Książkę polecam zarówno fanom Jacka Ketchuma, jak i tym, którzy dopiero zamierzają się z pisarzem zapoznać. Za jej pomocą można posmakować go w dwóch wydaniach - łagodniejszym i tym bezkompromisowym. Idealny wstęp do dłuższych historii autora.

Oceny 
"Rudy" - 7,8/10
"Prawo do życia" - 7,6/10
Ocena ogólna: 7,7/10

Największa zaleta: dwie historie w cenie jednej (35,90 zł)
Największa wada: może to, że nie są dłuższe

sobota, 11 maja 2013

Siedem minut po północy - Patrick Ness



Siedem minut po północy - Patrick Ness
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Odważna, pełna czarnego humoru, głęboko poruszająca opowieść o chłopcu, jego ciężko chorej matce i niezapowiedzianym, potwornym gościu.
Jest siedem minut po północy, gdy trzynastoletni Conor budzi się i odkrywa, że za oknem jego sypialni czai się potwór.
Jednak to nie tego potwora Conor się spodziewał – sądził, że odwiedzi go raczej ten z dręczącego go koszmaru, powtarzającego się niemal każdej nocy od dnia, kiedy matka chłopca rozpoczęła leczenie.
Potwór z jego podwórka jest inny. Sędziwy. I dziki. I chce czegoś od Conora. Czegoś niebezpiecznego i przerażającego.
Żąda prawdy.


Z początku można odnieść wrażenie, że to jedna z wielu banalnych opowieści o chłopcu, który spotyka potwora, lecz nie dajcie zwieść się pozorom. W niedługim czasie od rozpoczęcia lektury zdałem sobie sprawę, że historia przeistoczyła się w coś znacznie większego i głębszego. Treści, zwłaszcza tej ukrytej między wierszami, jest tu zaskakująco dużo jak na tak niewielką objętość całości.
Książka napisana jest nieskomplikowanym językiem, skierowana wyraźnie do nastoletnich czytelników, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że dla odpowiedniego odbioru niektórych historii nie istnieją właściwie żadne granice wiekowe. Dowodem na to niech będę ją, będący bliżej trzydziestki niż dwudziestki (o zgrozo!), a przerzucający kolejne strony z głupim wyrazem twarzy, oznaczającym w moim wypadku ni mniej, ni więcej, co krańcowe zainteresowanie ;)
Patrick Ness pisać potrafi, ale "Siedem minut po północy" nie powstałoby gdyby nie Siobhan Dowd. Pisarka (niestety kompletnie u nas nieznana) zmarła na raka, pozostawiając po sobie szkic i kilka początkowych stron książki. Ness dostał propozycje doprowadzenia jej do finału, z której po długim okresie wahania na szczęście skorzystał. Na szczęście, gdyż efekt końcowy jest moim skromnym zdaniem bardzo udany. Podobało mi się, między innymi, wyczucie, z jakim autor przeprowadza nas przez wszystkie etapy, z którymi musi zmierzyć się człowiek - i to nie tylko młody - po tym, gdy dowiaduje się, że bliska mu osoba jest śmiertelnie chora i najprawdopodobniej umrze.
Całość utrzymana jest raczej w baśniowej otoczce, ale siła, z jaką ta opowieść oddziałuje, trącąjąc czułe struny w każdym wrażliwym czytelniku, jest przeogromna. Dużą rolę odgrywają tu też znakomite, bardzo sugestywne ilustracje autorstwa Jima Kaya. Myślę, że nie wygłupie się rzucając stwierdzeniem, że są jej integralną częścią, bez której opowieść nie do końca byłaby tym, czym aktualnie jest.
Książka mądra, ale w bardzo naturalny, nienachalny sposób, co przy podejmowanym temacie nie było znów tak proste do zrealizowania.
Jeszcze przed rozpoczęciem lektury przejrzałem kilka recenzji w sieci. Byłem niemal pewien, że moja będzie nieco chłodniejsza w wymowie. Cóż, nie dało się. Warto przeczytać i po prostu mieć na półce.

Ocena: 8,8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.

niedziela, 5 maja 2013

Z pustymi rękami - Valerio Varesi


Z pustymi rękami - Valerio Varesi
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 264
Gatunek: kryminał

Na nową, nieco dłuższą - choć mówiąca w zasadzie to samo - recenzję zapraszam do linka poniżej:
http://stacjastoslow.blogspot.com/2014/04/z-pustymi-rekami-valerio-varesi-recenzja.html

Valerio Varesi, z zawodu dziennikarz bolońskiej redakcji "La Repubblica", stworzył serię kryminałów z komisarzem Sonerim, którą to - za sprawą wydawnictwa Rebis - powoli mogą poznawać i polscy czytelnicy. Nie tak dawno ukazały się u nas "Pokoje do wynajęcia", szósta część cyklu, a obecnie "Z pustymi rękami", ósma, o ile dobrze sprawdziłem. Skąd ten brak zachowania chronologii? Nie mam zielonego pojęcia.
Możliwość zapoznania się "Z pustymi rękami" zawdzięczam Paulinie, u której książkę udało mi się wygrać - dziękuję jej oraz serwisowi Zbrodnia w Bibiliotece :)

Wyjątkowo upalne lato. Mieszkańcy Parmy gorzej niż zwykle znoszą zaduch i skwar. W barach wybuchają bójki. Nocami ktoś podpala pojemniki na śmieci. W samym centrum, przed budynkiem Teatro Regio, słynnej parmeńskiej opery, ktoś napada na popularnego ulicznego akordeonistę i zabiera mu instrument. Właściciel luksusowego butiku zostaje pobity na śmierć w swoim mieszkaniu. Komisarz Soneri coraz częściej słyszy o potężnym lichwiarzu doprowadzającym do ruiny wielu obywateli miasta. Wkrótce okaże się, że wszystkie te sprawy są ze sobą powiązane bardziej, niżby się mogło wydawać, i że to dopiero początek historii mrocznej i duszącej jak sierpniowy upał w centrum włoskiego miasta.

Jest to moje pierwsze spotkanie z włoskim kryminałem, nie jestem więc w stanie umieścić tu żadnego mądrego zdania, w którym porównywałbym "Z pustymi rękami" do innych powieści autorów wywodzących się z tego kraju. Powiem za to, nie przedłużając już, że książka bardzo mi się podobała. Jest to ten rodzaj kryminału, który lubię - realistyczny, ukazujący przebieg śledztwa w sposób jak najbardziej zgodny z rzeczywistością. Bez ciągłych akcji w terenie, strzelanin i pościgów. Jest za to dużo chodzenia, setki przeprowadzanych rozmów i nieustanne błądzenie we mgle. Dla większości czytelników to zarzuty, dla mnie zalety. Być może jestem takim samym dziwakiem, jak komisarz Soneri :) A skoro już przy Sonerim jesteśmy, warto poświęcić mu kilka zdań, gdyż jest to całkiem interesująca postać. Niezbyt oryginalna, przyznaje to bez żadnych oporów, ale najważniejsze, że jest w stanie wzbudzić naszą sympatię, nawet pomimo swego szorstkiego obycia. To facet po przejściach, zdający się cierpieć na chroniczną depresję samotnik, jednak z silnie rozwiniętym poczuciem sprawiedliwości. Od razu go polubiłem.
Akcja książki rozgrywa się w Parmie, podczas wyjątkowo upalnego lata. Przy moim braku tolerancji na wysokie temperatury, z łatwością potrafiłem sobie wyobrazić mękę, której doświadczał Soneri podczas pracy. Zresztą nie tylko on - wszyscy są tu apatyczni, działający jakby z zwolnionym tempie.
Co jeszcze mi się podobało? Brak łatwych rozwiązań. Finał historii jest dosyć gorzki, niektórzy stwierdza zapewne, że mocno rozczarowujący. Cóż, tak w życiu bywa.
Bardzo dobra książka, wciągająca również za sprawą niepowtarzalnego klimatu i szczerości, jaka płynie z kolejnych stron. Jeśli tak wyglądają włoskie kryminały, to ja proszę o więcej :)

Ocena: 7,3/10

Największa zaleta: klimat
Największa wada: dla niektórych - brak akcji

środa, 1 maja 2013

Szepty w Ciemności - Johathan Aycliffe



Szepty w ciemności - Jonathan Aycliffe
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 224
Do kupienia: na Dedalusie za 7 zł

Po śmierci ojca piętnastoletnia Charlotte trafia do posiadłości dalekich krewnych, wielkiego dworu położonego na odludziu. Życzliwość gospodarzy, piękne stroje, wyszukane potrawy - wszystko tu przypomina jej dawne dostatnie życie i daje poczucie bezpieczeństwa. Lecz gdy zapada zmierzch, dwór zmienia swe oblicze. Coś czai się w mroku, coś obserwuje Charlotte z ciemności. I jest coraz bliżej...

Druga wydana przez Amber w naszym kraju powieść grozy Jonathana Aycliffe. Druga, i póki co ostatnia, co, zważywszy na fakt, że obie trafiły na wyprzedaż, nieszczególnie dziwi. O Pokoju Naomi wyrażałem się w dość ciepłych słowach spory kawałek czasu temu, dlatego też po Szepty w ciemności sięgnąłem chętnie i z pewnymi oczekiwaniami.
Aycliffe stylizuje swoją opowieść na pamiętnik spisany na prośbę lekarza przez jego 83 letnią pacjentkę, cierpiącą na nawracające depresję Charlotte. Narrację mamy tu zatem pierwszoosobową, ale formuła dziennika jest bardzo umowna - za sprawą zbyt rozbudowanych dialogów i pełnych detali opisów (kto by to wszystko pamiętał po niemal 70 latach?) bardzo szybko o tym zapominamy i książkę czyta się jak zwyczajną powieść. Powieść, której do horroru jednak zdecydowanie daleko. Prawdziwej grozy właściwie nie uświadczyłem, choć autor dwoi się i troi, by wywołać w czytelniku dreszczyk przerażenia. Leciwa, mocno nadgryziona zębem czasu wiktoriańska posiadłość, pełna jest dziwnych pomieszczeń, niepokojących odgłosów, zjaw i całej reszty klasycznego dla gatunku asortymentu. Od czasu do czasu lekturze towarzyszy delikatny niepokój, ale to trochę za mało jak na książkę, która dumnie obnosi się mianem horroru. Czy to wada? Dopóki nie oczekujecie po lekturze koszmarów sennych, to nie. Mnie, wbrew słabości do chorych, obrzydliwych, chwytających za gardło scen, tak bardzo to nie przeszkadzało.
Aycliffe nie jest złym pisarzem. W Szeptach w ciemności operuje dość wyszukanym, ciekawym językiem, nie szczędząc długich opisów oraz ciągnących się na kilka stron przemyśleń bohaterki. Zwyczajnie się w tym wszystkim jednak pogubił. Zbyt usilnie próbuje budować niepokojący nastrój, co koniec końców przynosi trochę karykaturalny efekt. Po potrafiącym wywołać zainteresowanie początku przychodzi rozwlekły środek i zaledwie poprawne zakończenie.
Książkę czyta się nie najgorzej, na swoje szczęście nie jest zbyt długa (220 stron), przez co w chwili, gdy zaczyna już męczyć, okazuje się, że dotarliśmy do finału. Przeczytałem, nie żałuję, ale nie potrafię z czystym sumieniem polecić. Miłośnicy klasycznych powieści grozy mogą dodać do oceny jeszcze pół oczka i sięgnąć (zwłaszcza w cenie siedmiu złotych), pozostali niekoniecznie.

Ocena: 5,9/10

Największa zaleta: niezły początek
Największa wada: zbyt duży nacisk na budowanie klimatu

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Złe rzeczy się zdarzają - Harry Dolan



Złe rzeczy się zdarzają - Harry Dolan
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 340

Trzeci debiut, który opisuje na blogu w przeciągu ostatnich kilkunastu dni. Czyżbym instynktownie sięgał po nieznane mi nazwiska? Nie, chyba nie, czysty przypadek.

David Loogan, przyjmując pracę redaktora w magazynie specjalizującym się w opowieściach z dreszczykiem, nie spodziewał się, że wkrótce znajdzie się w samym środku historii rodem z kart swojego czasopisma. Kiedy jego szef błaga go o pomoc w ukryciu ciała, a David dodatkowo ma romans z jego piękną i ponętną żoną, łatwo można domyślić się że złe rzeczy się zdarzają…

Zacznijmy od okładki, upstrzonej licznymi wycinkami z opinii znanych pisarzy na temat książki. Mnie, co powinno być dla stałych czytelników tego bloga oczywiste, przyciągnął Stephen King, który prosto z mostu stwierdza, że to "Ku**sko dobra książka". I weź tu się człowieku nie skuś.

Złe rzeczy się zdarzają to według wydawcy thriller, ale uważne oko dostrzeże w książce sporo naleciałości z rasowego kryminału. Są tu i tajemnicze zgony, i śledztwo, i do końca skrywana tożsamość głównego rzezimieszka. W połączeniu z wszystkimi składowymi thrillera, tworzy to naprawdę wybuchową mieszankę. Pod tym względem rozpływający się w zachwytach autorzy cytowani na okładce mają w stu procentach rację - Złe rzeczy się zdarzają od początku do końca trzyma w napięciu i ciężko się od lektury oderwać. Już pierwsza scena, w której obserwujemy jakiegoś faceta kupującego w supermarkecie niezbędne do zakopania zwłok wyposażenie - oszczędnie i chłodno opisana - jest zapowiedzią emocji, które będą nam towarzyszyć pozostałym ponad trzystu stronom lektury. Niektórzy mogą co prawda kręcić nosem na niewielką ilość krwi, mięcha i brutalnych scen, ale nawet kompletni zwyrodnialcy nie powinni zbyt mocno odczuwać tych braków - powieść broni się wszystkim innym.
Harry Dolan nie jest zbyt wylewnym pisarzem, nie opisuje z detalami każdego pęknięcia w ścianie i kwiatka w doniczce na parapecie sąsiadki. Operuje dość prostym, oszczędnym językiem, dużo tu dialogów (świetnie rozpisanych), a rozdziały rzadko kiedy mają więcej niż dziesięć stron. Nie spłyca to jednak samej historii - nawet taki wybredny maruda jak ja nie potrafi się niczego przyczepić. Intryga skonstruowana jest bardzo precyzyjnie, wielowarstwowo. Dolan co krok myli tropy i miesza nam w głowach - stawiam własną głowę i całą zawartość portfela (prawie 25 złotych, gra warta świeczki!), że nikt do końca nie odgadnie finału/nie wskaże winnego całego zamieszania.

Dużym plusem opowieści jest również jej główny bohater, David Loogan. Facet tajemniczy, inteligentny i cholernie bystry, z przeszłością, której do końca nigdy nie poznajemy. Człowiek w gruncie rzeczy dobry, ale noszący w sobie pewien mrok. Bardzo rzeczywisty. Szczerze żałuję, że to nie pierwsza część większego cyklu z tym gościem.

Bardzo dobry książka, znakomity debiut. Czekam na więcej.

Ocena: 8/10

Największa zaleta: fabuła, styl
Największa wada: chciałoby się więcej

niedziela, 28 kwietnia 2013

Dziewczyna z Sąsiedztwa - Jack Ketchum



Dziewczyna z sąsiedztwa - Jack Ketchum
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 301

Dziewczyna z sąsiedztwa, najsłynniejsza powieść Jacka Ketchuma, dostępna jest w naszym kraju od 2009 roku, jednak dopiero w ostatnim czasie zaczęła zyskiwać na popularności, co jest widoczne zwłaszcza wśród blogerów. Ta skrajnie brutalna, kontrowersyjna i niestety oparta na prawdziwych wydarzeniach historia trafiła do naszych domów dzięki wydawnictwu Papierowy Księżyc. Gromkie brawa za odwagę. W chwili obecnej również Replika zainteresowała się Ketchumem, można więc śmiało zaryzykować stwierdzenie, że nazwisko pisarza przyjęło się u nas zaskakująco pozytywnie. Wracając jednak do Dziewczyny z sąsiedztwa - na początku książkę ciężko było dostać nawet w dużych księgarniach i zamawiając ją kilka lat temu przez internet czułem się trochę tak, jakbym robił coś zakazanego.
Zresztą nie bez przyczyny. Na amerykańskim rynku powieść ukazała się w 1989 roku i bardzo szybko obrosła legendą. Historię o czytelnikach, którzy po skończonej lekturze palili książkę w piecu albo jeszcze przez wiele tygodni po jej odłożeniu nie potrafili dojść do siebie wyrastały jak grzyby po deszczu. Nakład rozszedł się błyskawicznie i każdy miłośnik grozy, który nie dorwał swojego egzemplarza musiał obejść się smakiem na osiem kolejnych lat, kiedy to zdecydowano się na ponowne wydanie książki - jednak wyłącznie w edycji limitowanej, przez co znów sięgnęli po nią nieliczni. Sytuację zmieniło dopiero nowe stulecie. 2005 rok to czas masowej dystrybucji w Ameryce (Leisure Books), a cztery lata później w końcu i Polsce.

Ketchum napisał Dziewczynę z sąsiedztwa opierając się na historii, która wydarzyła się w roku 1965 w Indianapolis. Tam w piwnicy obskurnego domu miał miejsce dramat 16-letniej Sylvii Likens. Przez wiele tygodni torturowana i poniżana przez będącą jej opiekunką Gertrude Baniszewski oraz jej dzieci i ich znajomych, zmarła w końcu z wycieńczenia i odniesionych obrażeń. Ilość ran i urazów, które odnalazł na jej ciele podczas sekcji lekarz była niewyobrażalna. Sprawa ta do dziś wzbudza wiele emocji i jest chętnie przypominana przez media.

Czytam, ale już mniej więcej od połowy co kilka minut zaczynam spoglądać ile stron zostało do końca. Nie dlatego, że książka jest tak słaba, albo odwrotnie, tak dobra, że żal ją kończyć. Nie, po prostu lektura sprawia ból. Chciałbym odwrócić wzrok, przestać przerzucać kolejne kartki, udać, że to wszystko nigdy nie miało miejsca, ale nie potrafię. Brnę dalej, pragnąc już tylko, by ten koszmar dobrnął do końca. Już nawet nieistotne, że wiem, iż ta historia wcale nie skończy się dobrze, po prostu nie chce w niej dalej uczestniczyć. Ale uczestniczę. Z mieszaniną ulgi i obrzydzenia do samego siebie przyjmuję smutny finał gehenny nastolatki...

Jedna z najbardziej wstrząsających książek, jakie kiedykolwiek powstały, i stwierdzam to bez chwili wahania. Każdy miłośnik gatunku na pewno zechce ją mieć w swojej biblioteczce, ostrzegam jednak raz jeszcze tych wrażliwszych na krzywdę ludzką czytelników (jeśli powyższy akapit pozostawia jakieś wątpliwości), że lektura nie należy do lekkich i przyjemnych. Wyczerpuje psychicznie i pozostawia po sobie głębokie ślady w umyśle. Szokuje, gdyż nie jest to kolejna opowiastka o duchach czy wampirach, ale autentyczna historia, tylko troszkę sfabularyzowana przez autora. Ketchum bez zwątpienia pisać potrafi. Perfekcyjnie gra na naszych emocjach i jeśli lubicie horrory, jest to dla was pozycja obowiązkowa. Nie sposób przejść obok Dziewczyny z sąsiedztwa obojętnie.

Ocena: 9,5/10

środa, 24 kwietnia 2013

Zgubieni - Charlotte Rogan


Zgubieni - Charlotte Rogan
Wydawnictwo: Znak literanova
Liczba stron: 304

I znów debiut, choć tym razem, dla odmiany, zaskakująco dobry i dojrzały. Charlotte Rogan rozpoczęła swoją pisarską karierę stosunkowo późno, bo w wieku 57 lat, ale, jak sama przyznaje, pisuje właściwie od zawsze, tyle że jak dotąd wszystko trafiało do szuflady.

Historia toczy się w 1914 roku. Grace, główna bohaterka, świeżo upieczona mężatka, płynie wraz ze swoim mężczyzną luksusowym statkiem, na którym w pewnym momencie dochodzi do pożaru. Transatlantyk tonie, a kobieta trafia do jednej z łodzi ratunkowych. Udaje jej się ujść z życiem, jednak tuż po ocaleniu zostaje oskarżona o zamordowanie jednego z współtowarzyszy szalupy i postawiona przed sądem. Na życzenie adwokata zaczyna spisywać swoje wspomnienia i to właśnie z nich poznajemy przebieg katastrofy oraz tego, co wydarzyło się w przeciągu kolejnych 21 dni na przepełnionej łodzi ratunkowej. A przecież nie od dziś wiadomo, że gdy w grę wchodzi życie, budzą się w nas najgorsze instynkty.

Nie wiem czy to naturalne, ale nieomal od zawsze fascynowało mnie obserwowanie ludzkich zachowań w ekstremalnych warunkach (po części stąd moje zainteresowanie horrorami). Wymyślona przez Charlotte Rogan historia daje taką możliwość i jest przy tym bardzo przekonująco przedstawiona.
Książka powstawała podobno aż dziesięć lat, autorka miała więc dużo czasu, by dopracować ją z każdej strony. I to jest odczuwalne od pierwszego do ostatniego zdania.
Narracja jest pierwszoosobowa, co pozwala na wgląd w umysł bohaterki, ale tylko na tyle, na ile pozwoli nam ona sama. Czy jej wersja wydarzeń jest w stu procentach szczera? Czy rzeczywiście nie pamięta niektórych sytuacji? Ile z nich postanowiła zupełnie przemilczeć? Jednoznacznych odpowiedzi nie otrzymamy, ale według mnie lektura staje się przez to jeszcze bardziej interesująca. Uwagę zwracają też bardzo wnikliwie odmalowane relacje pomiędzy pozostałymi postaciami tego dramatu.
Całość napisana jest ciekawym, oszczędnym i działającym na wyobraźnię językiem. Czyta się to doskonale. Treść niejednokrotnie zmusza do zadania sobie pytań, w tym zawsze aktualnego o to, co bylibyśmy w stanie zrobić, by ratować własne życie.
Cieszę się, że sięgnąłem po Zgubionych pomimo pierwszego negatywnego wrażenia, które wywołała brzydka, kompletnie niepasująca do treści okładka (łódź z książki pomieści czterdziestu pasażerów, ta ze zdjęcia zdecydowanie mniej). Warto.

Ocena: 8,4/10

Największa zaleta: świetnie się czyta, zostaje w głowie na dłużej
Największa wada: brak 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Joyland - poznaliśmy pierwsze informacje dotyczące polskiego wydania nowej książki Stephena Kinga

Dzisiejszy nastrój poprawiła mi garść informacji o polskim wydaniu najnowszej powieści Stephena Kinga. Joyland, bo taki tytuł będzie nosić książka, ukaże się w księgarniach już 6 czerwca, czyli za półtora miesiąca. Uwielbiam ten czas oczekiwania - odliczanie każdego dnia do premiery nowej historii spod pióra Stefana Króla jest dla mnie frajdą porównywalną niemalże do samego czytania ;)
Ale do rzeczy: Joyland będzie się mieścił na 336 stronach, a przy kasie nasz portfel uszczupli się o 35,90 zł
Swój egzemplarz postaram się kupić jak zawsze przed premierą, zobaczymy co z tego wyniknie ;)
A teraz rzut oka na okładkę:
Podoba się? Mnie tak. Prószyński stanął na wysokości zadania, ilustracja prezentuje się klimatycznie i na szczęście nie jest jakąś tandetną fotką z banku zdjęć, a grafiką stworzoną specjalnie na potrzebę powieści (wszystko na to wskazuje - jeśli się mylę, poprawcie mnie). 

A teraz oddaje głos wydawcy:

Devin Jones, student college’u, zatrudnia się na okres wakacji w lunaparku, by zapomnieć o dziewczynie, która złamała mu serce. Tam jednak zmuszony jest zmierzyć się z czymś dużo straszniejszym: brutalnym morderstwem sprzed lat, losem umierającego dziecka i mrocznymi prawdami o życiu – i tym, co po nim następuje. Wszystko to sprawi, że jego świat już nigdy nie będzie taki sam...
Życie nie zawsze jest ustawioną grą. Czasem nagrody są prawdziwe. Bywają też cenne.

Pasjonująca opowieść o miłości i stracie, o dorastaniu i starzeniu się – i o tych, którym nie dane jest doświadczyć ani jednego, ani drugiego, bo śmierć zabiera ich przedwcześnie. 

„Joyland” to Stephen King w szczytowej pisarskiej formie, równie poruszający jak „Zielona Mila” czy „Skazani na Shawshank”. To jednocześnie kryminał, horror i słodko-gorzka powieść o dojrzewaniu, która poruszy serce nawet najbardziej cynicznego czytelnika.

Znakomita, złożona psychologicznie powieść. Stephen King jest tak powszechnie uznawany za mistrza grozy i horroru, że zapomina się, że jego największym darem jest zmysł opisywania codzienności.
„New York Times Book Review”

King napisał powieść tyleż wzruszającą, co po prostu niesamowitą… To jedna z najbardziej świeżych i przerażających książek w jego dorobku.
„Entertainment Weekly”

Imponujący majstersztyk, subtelne studium charakteru, od którego nie sposób się oderwać.
„Playboy”

Stephen King jest jak zwykle znakomity.
„Time”

King daje czytelnikowi odczuć tęsknotę i żal zrodzone z tragedii, i wprawnie oddaje życzliwość i małostkowość, które często cechują małomiasteczkową rzeczywistość.
„Wall Street Journal” 

King jest mistrzem konstruowania opowieści i oddawania ducha opisywanych miejsc.
„USA Today”

Cóż więcej można dodać, oby do czerwca... :-)

niedziela, 21 kwietnia 2013

55



Wczorajszego wieczora zostałem po raz drugi ustrzelony do zabawy o wszystko mówiącej nazwie "55". Od tygodnia cierpię na potężną niemoc recenzencką, postanowiłem więc w formie rozgrzewki przysiąść do tego zadania, czego skutki możecie znaleźć poniżej :)

Nominacje otrzymałem od Pauliny i Melona

10 książek, które bardzo mi się podobały.


Wybór na tyle ciężki, że postanowiłem wrzucić dziesięć tytułów, które przyjdą mi do głowy bez przeglądania swojej biblioteczki. Skoro o nich pamiętam, musiały być dobre ;-)


  • "To" - Stephen King
  • "Dallas '63" - Stehen King
  • "Bastion" - Stephen King
  • "Ruiny" - Scot Smith
  • "Jestem Legendą" - Richard Matheson
  • "Służące" - Kathryn Stockett
  • "Wyspa" - J. G. Ballard
  • "Profil Mordercy" - Paul Britton
  • "Zodiak" - Robert Graysmith
  • "Co widziały wrony" - Ann-Marrie MacDonald  


9 książek, które najmniej mi się podobały.


Lektury dobieram zazwyczaj bardzo uważnie, ale jako człek z natury marudny bez problemu wybiorę dziewięć książkowych rozczarowań. Warto przy okazji nadmienić, iż kilka z poniższych tytułów trafiło do mnie przypadkiem, a że czytam wszystko co wpadnie w me łapska... :P


  • "Burka Miłości" - Reyes Monforte.
  • "Wyliczanka" - John Verdon
  • "Szary Diabeł" - Graham Masterton
  • "Pociąg Widmo" - Sthephen Laws
  • "Śmierć w Breslau" - Marek Krajewski (sama w sobie nie jest zła, po prostu zupełnie nie trafiła w mój gust)
  • "Niespokojni" - John Connolly
  • "Pokuta" - Olle Lonnaeus
  • "W ciemnościach strachu" - Maxime Chattam
  • "Nieznajomi" - Dean Koontz


8 blogów, które najchętniej czytam.


Czyli blogi, które czytam od deski do deski, nie tylko recenzje interesujących mnie książek :) Kolejność zupełnie przypadkowa




7 książek, które chcę przeczytać.


Jest ich dużo. Za dużo. Lista obejmuje tylko niewielki wycinek przepotężnej listy zwanej Chce Przeczytać. Pomijam tu tytuły, które już posiadam, zatem jakby ktoś chciał sprawić mi prezent w postaci którejś z poniższych pozycji, śmiało :D


  • "Drood" - Dan Simmons
  • "2666" - Robert Bolano
  • "Droga" - Cormac McCarthy
  • "Stulecie Chirurgów" - Jurgen Thorwald
  • "Zmierzch" - Johan Theorin
  • "Ja" - Yann Martel
  • "Władca Much" - William Golding 


6 powodów, żeby sięgnąć po książkę.



  • Rzeczywistość znów rozczarowuje
  • Książka zbiera dobre noty u ulubionych recenzentów
  • Za oknem szaro, buro, mokro, zimno.
  • Napisał ją mój ulubiony autor
  • Instynkt mówi mi, że będzie dobra
  • Jest krwawa, brutalna, ohydna, kontrowersyjna itp. :P


5 powodów, żeby nie sięgnąć po książkę.



  • Instynkt mówi mi, że będzie beznadziejna
  • Za oknem jest ładnie, a podczas jazdy rowerem raczej trudno czytać
  • Jest zbyt agresywnie promowana/wydawca próbuje tanim kosztem kupić sobie dobre opinie (konkursy na recenzje, tfu, laurki). 
  • Sterta zaległych gier i filmów grozi zasypaniem mnie żywcem.
  • Na głowie mam tyle problemów, że nie sposób skupić się na czytaniu.



4 miejsca, w których najlepiej się czyta.



  • Łóżko
  • Balkon
  • Środki komunikacji miejskiej
  • Poczekalnie


3 autorów, na których nowe książki czeka się zawsze za długo.



  • Stephen King
  • Gillian Flynn
  • John Irving


2 dobre ekranizacje.



  • Skazani na Shawshank
  • Zielona Mila


1 autor niesłusznie zapomniany.



  • Robert McCammon

środa, 17 kwietnia 2013

Niechciane - Kristina Ohlsson



Niechciane - Kristina Ohlsson
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 392
Gatunek: kryminał, thriller
Do kupienia: Selkar.pl (w chwili obecnej za 10 zł, promocja jakaś)

Dziś kilka słów na temat powieści kryminalnej "Niechciane", będącej debiutem urodzonej w 1979 roku Kristiny Ohlsson. To, że mamy do czynienia z jej pierwszą książką czuć niestety od pierwszej do ostatniej strony. Potencjał w pisarce jest, brakuje tylko doświadczenia, instynktu.

Na początek garść zarzutów. Trochę przykro to pisać, ale nie powiodło się autorce stworzenie policjantów, za których byśmy trzymali kciuki. Są odpychający, irytujący i zachowują się jak durni amatorzy. Do tego stopnia, że dopiero w okolicy setnej strony zdałem sobie sprawę, iż panowie Recht i Peder to dwójka z trzech głównych bohaterów, a nie zwykłe przeszkadzajki, z którymi Fredrika Bergman (ta trzecia, a w zasadzie pierwsza) będzie musiała sobie poradzić na drodze prowadzącej do odkrycia tożsamości mordercy. Tylko ona była w stanie wzbudzić we mnie jakieś pozytywne odczucia. Niezbyt wiele, ale przynajmniej w jej wypadku czuć, że mamy do czynienia z postacią pozytywną.

Zgodnie z zasadami, którymi kierują się skandynawscy pisarze, każdy z bohaterów dźwiga odpowiednio ciężki bagaż nieprzyjemnych życiowych doświadczeń, z których skutkami do dziś bez przerwy musi się zmagać. Standard, ale odpowiednio podany potrafi znacząco podbić przyjemność czytania. I choć w tym przypadku wyszło to średnio, wyjątkowo narzekać nie będę. Cieszy próba pogłębienia rysów psychologicznych postaci. Są nieco mniej papierowi, niż w tych warunkach być powinni.

Pisarka bardzo stara się grać na emocjach. Wiadomo, nic tak nie porusza, jak krzywda wyrządzana dzieciom. Porwania, aborcja, pedofilia - trochę tego w treści znajdziemy. Jednak bez obaw. Ohlsson poszła na kompromis i o niemal wszystkich nieprzyjemnych wydarzeniach dowiadujemy się dopiero po fakcie, z suchych relacji.

Intryga kryminalna sama w sobie nie jest zła, ma swoje momenty i potrafi zainteresować na tyle, by przewracać strony bez uczucia przymusu. Bez fajerwerków, bez szokujących twistów, solidnie wykonana robota.

I taka właśnie jest cała powieść - solidna.
Nie żałuję, że przeczytałem, a po drugi tom przygód Bergman i reszty załogi na pewno w przyszłości sięgnę. Z czystej ciekawości, aby sprawdzić, czy autorka zrobiła jakieś postępy. Mimo wszystkich wad, spróbować można.

Ocena: 6.0/10

Największa zaleta: płynnie się czyta
Największa wada: nie trzyma w napięciu

*Średnia nota w sieci: 6,6/10
*Nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazały się już dwa kolejne tomy cyklu o  Fredrice Bergman (Odwet, Na skraju ciszy).

sobota, 13 kwietnia 2013

Robokalipsa - Daniel H. Wilson



Robokalipsa - Daniel H. Wilson
Wydawnictwo: Znak literanova
Liczba stron: 408
Gatunek: science-fiction, thriller

Jeszcze jedna książka, po którą zapewne nie sięgnąłbym, gdyby nie rekomendacja Stephena Kinga na okładce. Haczyk, na który zawsze daje się złowić, a wydawcy bezwzględnie to wykorzystują.

Nagle przestają działać wszystkie telefony i Internet. Z nieba spadają samoloty, a pozbawione kierowców samochody rozpoczynają polowania na ludzi. Coś przejmuje kontrolę nad komputerami, maszynami, elektrowniami i obroną wojskową. Co się stanie, gdy cała technologia zwróci się przeciwko nam? Czy istnieje sposób, by pokonać wroga, którego sami stworzyliśmy?

Próbowaliście sobie kiedyś wyobrazić nasz świat w niedalekiej przyszłości? W wizji, którą roztacza Daniel H. Wilson posiadanie robota będzie za kilkanaście lat równie powszechne, co dziś telefonu komórkowego. Maszyny wykonują za nas niemal wszystkie czynności; sprzątają, gotują, chodzą po zakupy, wyprowadzają psa, są maskotkami, ale i pilnują porządku na ulicach, walczą na wojnach... Są dosłownie wszędzie.  I nagle, pewnego dnia sielanka się kończy. Stworzony przez nas superinteligentny komputer zyskuje coś na kształt świadomości. Postanawia zmienić aktualny porządek rzeczy, sprawić, by roboty zawłaszczyły sobie ziemię. Zaczyna się masakra, która doprowadza ludzkość na skraj upadku.

Brzmi nieprawdopodobnie? Robokalipsa to rasowe science-fiction, ale czytając książkę ciężko nie zadać sobie pytania: "A co, gdyby naprawdę do tego doszło?" Zwłaszcza, że pisarz, absolwent robotyki, potrafi być diabelnie przekonujący. Do pracy nad książka podszedł bardzo serio, i to dosłownie czuć na każdej z jej czterystu stron. Wierzysz facetowi bez mrugnięcia okiem w niemal każde słowo.
Fabułę poznajemy na zmianę z perspektywy kilku bohaterów, dzięki czemu mamy możliwość szerszego wglądu w opanowaną przez maszyny rzeczywistość, a całość zyskuje na dynamice. Ciekawym zabiegiem jest też ciągle zmieniający się sposób narracji. Książka stylizowana jest na dokument - fragmenty wywiadów, zapisy z kamer przemysłowych, transkrypcje rozmów itd. Czyta się to z niekłamaną przyjemnością. Nie sposób nie zgodzić się ze słowami Stephena Kinga, który twierdzi, że od Robokalipsy nie można się oderwać. Istotnie, nie można.

Doskonale wymyślony thriller opisujący to, co wkrótce może stać się przerażającą rzeczywistością. Co za książka... Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czytałem.
Clive Cussler.

Znakomite są sceny, w których obserwujemy roboty zwracające się przeciw swoim właścicielom. Opisane oszczędnymi słowami niesamowicie działają na wyobraźnię. Cała książka napisana jest w podobnym stylu - krótkie, celne zdania, w których czai się groza. Na mnie to podziałało. Do teraz, choć minęło kilka miesięcy od odłożenia książki na półkę, czuje lekki niepokój na sam widok jej okładki (swoją drogą, całkiem klimatycznej).
Wady? W pewnym stopniu zakończenie, zbyt patetyczne jak na mój gust. Ale to detal, niemal w ogóle nie obniżający wartości powieści.

Książkę polecam nie tylko fanom gatunku. Warto ją posiadać, bo przecież w końcu nigdy nie wiadomo, może za kilkadziesiąt lat posłuży nam za poradnik w świecie opanowanym przez technologię, którą sami stworzyliśmy.

Ocena: 8/10

Największa zaleta: niepokojący nastrój powieści
Największa wada: zbędny patos

Ciekawostka: Na przyszły rok zapowiadana jest ekranizacja książki w reżyserii Stevena Spielberga

czwartek, 11 kwietnia 2013

Tajemnice Zbrodni - Ewa Ornacka



Tajemnice Zbrodni - Ewa Ornacka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 220
Gatunek: literatura faktu


Wstrząsające zabójstwa, dramatyczne śledztwa, sprawiedliwość po latach.
Te zbrodnie były wyrzutem sumienia polskiej policji, bezsilnej wobec nieuchwytnych sprawców. Wyzwaniem rzuconym ekipom kryminalnym przez zabójców. Spędzały sen z powiek nawet najbardziej doświadczonym śledczym. Na przełom w śledztwie trzeba było czekać nawet lata. O rozwikłaniu tajemnicy zbrodni decydował niewiarygodny splot wydarzeń, łut szczęścia lub pozornie błaha rzecz, na przykład wiejska plotka, albo zwykły szyld reklamowy. Także czas, który zwykle zaciera ślady zbrodni i sprzyja sprawcom, tutaj obracał się przeciwko nim. Bo chociaż śledztwa tkwiły w martwym punkcie, to nauka pędziła do przodu. Stare dowody nabierały nowego znaczenia. Niewidoczna gołym okiem kropla krwi lub zaciśnięty w dłoni ofiary włos stawały się wizytówką mordercy. 


Zbiór trzynastu historii kryminalnych, o których większość z nas pamięta zapewne z telewizji, radia oraz prasy. Niektóre stosunkowo świeże, sprzed kilku lat, inne, dużo starsze, opisujące wydarzenia jeszcze z zeszłego stulecia. Wszystkie zaś z naszego podwórka, i przede wszystkim to właśnie skłoniło mnie do zakupu książki Ewy Ornackiej.

Wrażenia po lekturze - bardzo mieszane. O ile same sprawy, które przybliża nam autorka, są ciekawe, to już styl, w jakim są opisane, mocno rozczarowuje. Po pierwsze, objętość. Trzynaście przypadków utknięto za zaledwie 220 stronach, przez co każdy z nich potraktowany jest bardzo powierzchownie. Momentami sprawia to wrażenie zaledwie nieco bardziej rozbudowanych artykułów prasowych.
Po drugie, przeciętny język autorki., która zbyt często uderza dosłownie w tabloidowe tony. Najmocniej odczuwalne jest to w fabularyzowanych rekonstrukcjach wydarzeń, które Ornacka hojnie wplata w każdą z historii. Może niektórym nie będzie to przeszkadzać, mnie jednak potwornie raziło.

Plusy? Mimo powyższych mankamentów Tajemnice Zbrodni czyta się ze sporym zainteresowaniem. Cieszy ponadto duża ilość zdjęć, nawet jeśli niektóre wydają się wrzucone na siłę, by tylko zwiększyć objętość i tak niewielkiej książki. I w końcu, miłośnicy kryminalistyki nie są szczególnie rozpieszczani przez rodzimych wydawców, ostatecznie można więc sięgnąć. Zwłaszcza w przypadku, gdy dopiero wkraczamy na tereny kryminalistyki. Bardziej zaawansowani miłośnicy tematu mogą sobie z czystym sumieniem Tajemnice Zbrodni odpuścić - istnieją dokładniejsze publikacje godne Waszej uwagi.

Ocena: 5,5/10 

Największy plus: interesujące sprawy
Największy minus: niezbyt wysokich lotów styl i język


wtorek, 9 kwietnia 2013

Miasto Słońca - David Levien




Miasto Słońca - David Levien
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 376
Gatunek: kryminał, thriller, sensacja


Dwunastoletni Jamie Gabriel wsiada na rower, aby jak co rano rozwieźć gazety na przedmieściach Indianapolis. Nie wraca już do domu...
Czternaście miesięcy później zrozpaczeni rodzice powoli tracą nadzieję na odnalezienie syna. Przygnębieni bezczynnością policji która nie może odnaleźć chłopca, znajdują iskierkę nadziei - prywatnego detektywa, który może być ich ostatnią szansą.
Frank Behr to były glina, którego przeszłość skrywa osobistą tragedię, podobną do tej, która stała się udziałem rodziców Jamiego. Zmagając się z demonami przeszłości, detektyw podejmuje się sprawy, jednak wie, że znalezienia chłopca przy życiu będzie graniczyło z cudem...


Fabuła wydaje się znajoma? Cóż jednak z tego, gdy "Miasto Słońca" czyta się znakomicie, nie zwracając uwagi na ewentualne nierówności. Blisko 380 stron porządnie skrojonej kryminalnej intrygi.
Levien, z zawodu scenarzysta i producent filmowy, potrafi budować i równomiernie rozłożyć napięcie. Od sceny otwierającej książkę - w której obserwujemy chłopca tuż przed tym, jak zostaje porwany - aż po finał towarzyszą nam silne emocje i stały syndrom jeszcze jednego rozdziału. Przydało się autorowi doświadczenie nabyte podczas pracy nad filmami, bez dwóch zdań. Aż dziw bierze, że do dziś nie powstała ekranizacja - gotowy materiał czeka wydrukowany w księgarniach.
Pozytywnie odebrałem sposób, w jaki Levien przedstawił głównego bohatera i wszystkich innych postaci występujących w książce. Frank Behr, prywatny detektyw, którego poczynania obserwujemy, to facet z krwi i kości. Gość z przeszłością, nie zawsze miły i wymuskany, popełniający błędy, ale mimo wszystko dający się polubić (do chwili obecnej powstały już trzy powieści z Behrem, ale polski czytelnik musi zadowolić się tą jedną. Po cichu liczę, że Papierowy Księżyc jeszcze kiedyś sobie o autorze przypomni).
Przekonująco brzmią na szczęście również dialogi, istotny dla mnie element, który spaprany może zepsuć przyjemność z poznawania nawet najciekawszej historii. Spory udział ma tu zapewne niezły przekład niejakiego Rafała Linkiewicza. Dobra robota.

Naprawdę szkoda, że "Miasto Słońca" przeszło w naszym kraju bez żadnego echa. Z ciekawości wrzuciłem tytuł w Google i, ku mojemu zdziwieniu, wyskoczyło mi tylko kilka recenzji. Niewiele, jak na tytuł będący na rynku od 4 lat. Polecam tę książkę właściwie każdemu - dobrze napisana, wciągająca, z szybką akcją i solidnie rozbudowanym tłem, ma ogromne szansę spodobać się zarówno zaczynającym swoją przygodę z gatunkiem, jak i starym wyjadaczom, którzy niejedną już parę zębów na nim zjedli. Warto.

Ocena: 7.5/10

Największy plus: świetnie się czyta, filmowa narracja
Największy minus: zbyt pospieszny, nie do końca przekonujący finał

A dla zainteresowanych wywiad z autorem książki.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Instynkt Śmierci - Bentley Little



Instynkt Śmierci - Bentley Little
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 272

O Bentley'u Little słyszałem i czytałem sporo już od początków mojego zainteresowania literackim horrorem. Jednak dopiero w 2008 roku za sprawą wydawnictwa Amber po raz pierwszy ukazała się w naszym kraju powieść pisarza przetłumaczona na język polski. Był to "Instynkt Śmierci", wydany oryginalnie w 1992 roku.

Cathy miała sześć lat, kiedy mężczyzna, który mieszkał w domu po drugiej stronie ulicy, zamordował żonę i sam się zastrzelił. Słyszała krzyki. Widziała krew i ciała. Teraz, prawie dwadzieścia lat później, dom już nie stoi pusty. Ktoś się do niego wprowadził. I w okolicy zaczynają się dziać straszne rzeczy... A w domu po drugiej stronie ulicy znowu słychać krzyki. Cokolwiek się tam dzieje, to tajemnica, której nikt nie powinien poznać. Ale i Cathy ma swoje tajemnice... 

Oczekiwania miałem duże, wzmagane dodatkowo szalenie zachęcającymi informacjami na okładce ("Każda książka Little'a to wydarzenie roku w świecie literackiego horroru. STEPHEN KING" oraz "W instynkcie śmierci Bentley Little stworzył postać jednego z najbardziej przerażających seryjnych morderców w literaturze). I początkowo istotnie wrażenia płynące z lektury są dosyć pozytywne. Pisarzowi całkiem nieźle udało się przedstawić społeczność małego miasteczka, główni bohaterowie nakreśleni są przyzwoicie, narracja dosyć płynna, język bez zarzutu. Zabrakło jednak najważniejszego elementu, który w horrorach odgrywa przecież kluczową rolę - grozy. Little, przynajmniej w wypadku "Instynktu Śmierci", nie potrafi stworzyć niemal ani jednej rzeczywiście trzymającej w napięciu sceny. Coś tam się niby dzieje, krew i flaki występują w odpowiednich ilościach, ale czytanie o tym nie wywołało we mnie żadnych konkretnych emocji, nie wspominając nawet o tak bardzo pożądanym przez każdego miłośnika gatunku dreszczu przebiegającym po plecach. Jest za to wątek miłosny, którym to autor łaskawie postanowił wzbogacić swoją opowieść, niestety z mizernym skutkiem.
Od pewnego momentu historia staje się nużąca, a główny ZŁY, nie dość, że ujawniony za wcześnie, potwornie rozczarowuje. Finał jest kiepski, naciągany, nieprzekonujący. I ostatecznie - to bardziej thriller, niż horror. Wnioskuje, że przypisanie jej do gatunku grozy podyktowane było wyłącznie ilością mięcha, które przetacza się przez powieść.

Instynkt Śmierci przeczytałem z umiarkowanym zainteresowaniem. Ledwo zjadliwy dreszczowiec z niezbyt wciągającą akcją i zupełnie niesatysfakcjonującym zakończeniem. Wrażenia mojej siostry (już słynnej na blogu) były bardzo podobne do moich, choć jej książka podobała się odrobinę bardziej. Z tego też powodu jestem w stanie polecić ją wyłącznie raczkującym miłośnikom grozy i thrillerów. A wydawnictwu Amber życzę lepszego instynktu podczas dobierania książek, którymi chcą wywołać zainteresowanie pisarzem. W tym wypadku ponieśli klęskę.

Ocena: 5,5/10      

sobota, 6 kwietnia 2013

Ruiny - Scott Smith

Ruiny - Scott Smith
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Do kupienia: Na przykład tu, za 7,65 zł


Do napisania tej opinii przymierzałem się już od dnia, w którym założyłem bloga. Zwlekałem wyłącznie dlatego, że książkę czytałem już kilka lat temu (z pięć albo sześć) i jedyne czym naprawdę mogę się podzielić, to przełożonymi na język słów emocjami, które towarzyszyły mi lekturze. Nie chcąc jednak opierać się wyłącznie na bądź co bądź nieco zatartych już wspomnieniach, przejrzałem książkę raz jeszcze, przeczytałem kilka fragmentów, po czym z czystym sumieniem zabrałem się za ten krótki tekst ;-)

Dwie zaprzyjaźnione pary Amerykanów, Jeff i Amy, Eric i Stacy, spędzają wakacje w Meksyku. Słońce, plaża, beztroskie flirty, nowe przyjaźnie... Kiedy poznany Niemiec przychodzi z wiadomością, że jego brat nie wrócił z wyprawy na wykopaliska archeologiczne, młodzi postanawiają wyruszyć na poszukiwania. Jedynym śladem jest odręcznie naszkicowana mapa. Ekspedycja ratunkowa rychło przeradza się w brutalną walkę o przetrwanie.

Bez owijania w bawełnę i zbędnego suspensu - Smith napisał znakomity, pełnokrwisty (dosłownie i w przenośni) survival horror. Początek jest spokojny, wręcz leniwy, ale to, co dzieje się później przechodzi najśmielsze oczekiwania. Od pewnego momentu książkę czyta się na jednym wdechu - gromkie brawa dla autora, któremu udało się utrzymać czytelnika w stałym napięciu pomimo tego, że niemal cała jej akcja toczy się w jednym miejscu. Do tego trzeba prawdziwego talentu, pisarskiego instynktu.
Świetne są w Ruinach opisy drastycznych scen, zwłaszcza tych z winoroślami w roli głównej - dokładne, boleśnie realistyczne i niejednokrotnie chwytające za gardło. Kilka fragmentów to prawdziwe horrorowe perełki - do dziś tkwią mi w głowie i żadnej innej książce w tym gatunku, którą miałem okazję czytać w następnych latach, nie udało się ich przebić.
Sporo osób narzekało na zakończenie, że niby zbyt otwarte, rozczarowujące. Ja się z tą opinią nie zgadzam - finał jest odpowiednio mocny, a wszystkie niedomówienia tylko pogłębiły uczucie grozy i niepewności, które zostało we mnie jeszcze przez jakiś czas pod odłożeniu książki.

Ruiny polecam właściwie każdemu, nie tylko facetom. Jako dowód krótka anegdotka: po zgarnięciu książki z Empiku i powrocie do domu pochwaliłem się nowym nabytkiem siostrze - zainteresowana rekomendacją Stephena Kinga zapytała, czy może zacząć czytać. Głupi odparłem, że tak, pewnie, czemu by nie. Głupi, bo następnego dnia tak nas ta historia wciągnęła, że niemal doszło do rękoczynów, gdy i ona i ja, dokładnie w tej samej chwili, chcieliśmy książkę czytać. Po krótkiej naradzie udało nam się dojść do kompromisu - ja spędzam czas z Ruinami po południu i po północy, siostra rano i wieczorem ;-)

Polecam. Ścisła czołówka w moim rankingu książkowych horrorów. Do dziś, gdy tylko widzę Ruiny na wyprzedaży za śmieszne 7 czy 8 złotych, mam ochotę kupić jeszcze kilka egzemplarzy. I niech to będzie dla Was ostateczna rekomendacja.

Ocena: 9,5/10

czwartek, 4 kwietnia 2013

Siedlisko - Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr.



Siedlisko - Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr.
Wydawnictwo: Grashopper
Liczba stron: 446


Dawid jest aktorem wychowującym samotnie dwójkę dzieci. Na pierwszy rzut oka całkiem nieźle mu się powodzi. Jest popularny, ma piękny dom i niezły samochód.
Sielanka jednak nie trwa zbyt długo… 
Pewnego dnia jego posiadłość okazuje się siedliskiem złowrogich zjaw, a pobliskie jezioro piekielną otchłanią, skrywającą mroczną tajemnicę. Rodzina aktora znajduje się 
w poważnym niebezpieczeństwie. Tymczasem korowód duchów zacieśnia się wokół Dawida, wirując w coraz szybszym dance macabre...


Każdy, kto choć trochę interesuje się horrorem, czy to w literaturze czy filmie, zgodzi się ze mną, że fabule Siedliska daleko do oryginalności. Czytając opis wydawcy trudno oczekiwać czegoś więcej od przeciętnej historii z dreszczykiem. Może to i dobrze, gdyż dokładnie coś takiego otrzymałem, dzięki czemu po skończonej lekturze nie mogę powiedzieć, że czuje się kompletnie zawiedziony ;)

Wtórność atakuje z książki na każdym kroku. Historia jest przewidywalna, sposoby straszenia mocno zgrane, bohaterowie nieciekawi, nie wzbudzający sympatii, a dialogi drętwe. Czyta się to bez większych emocji. Umiarkowanie wciągnąłem się dopiero na jakieś sto stron przed końcem - trochę za późno, by poprawić wrażenie nijakości.
Książkę pisało dwóch autorów, co momentami jest mocno odczuwalne. Jeden stawia na szybką akcję, drugi na budowanie napięcia. Dużo lepiej radzi sobie ten ostatni - fragmentami bywa naprawdę klimatycznie i aż szkoda tych kilku potencjalnie dobrych "straszaków", które prędzej czy później zawsze zostają zmarnowane.
Jest tu nawet jedna scena łóżkowa, ale tak żałośnie napisana, że litościwie pominę ją milczeniem ;)
Wiecie co najbardziej boli? Stale towarzyszące uczucie, że dodatkowe dwa tygodnie burzy mózgów, poprawek  i cięć sprawiłoby, że książka byłaby naprawdę zjadliwa. Za dużo w niej chaosu i nieścisłości (dokładnie jak w moich opiniach, zatem wiem co mówię :-P).
Do plusów mogę zaliczyć wydanie książki - prezentuje się nieźle, w środku są nawet ilustracje (takie sobie), a w formie bonusu gratisowa zakładka.

Siedlisko nie jest najgorszym polskim horrorem z jakim miałem do czynienia. To książka pod każdym względem przeciętna, nie wybijająca się ponad standardy. Dla mnie, który przeczytał i obejrzał już wiele, to stanowczo za mało. Przeczytać można, - zwłaszcza jeśli dopiero zaczyna się swoją przygodę z gatunkiem - tylko po co, skoro na rynku znaleźć można od groma dużo lepszych tytułów - także tych z naszego podwórka.

Ocena: 4,7/10

Cichowlas i Kyrcz napisali wspólnie jeszcze zbiór opowiadań zatytułowany "Twarze Szatana" (posiadam) oraz powieści grozy "Koszmar na miarę" (nie posiadam) i "Efemeryda" (też nie). Najwyraźniej nieźle im się współpracuje :-)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Zaginiona Dziewczyna - Gillian Flynn



Zaginiona Dziewczyna - Gillian Flynn
Wydawnictwo: G+J Książki
Liczba stron: 652

Wystarczyła zaledwie jedna książka, by Gillian Flynn trafiła na listę moich ulubionych autorów. Po rewelacyjnym "Mrocznym Zakątku" natychmiast kupiłem i przeczytałem "Ostre przedmioty", a potem pozostało już tylko wyczekiwać informacji o polskim wydaniu "Gone Girl", które za granicą zebrało niemal same pozytywne noty. Na początku tego roku, bodajże w lutym, moja cierpliwość została w końcu wynagrodzona. "Zaginioną dziewczynę" na marzec zapowiedziało wydawnictwo G+J książki, w twardej okładce (tego się nie spodziewałem, miłe) i cenie 40 złotych. Zamówiłem, wytrwałem do dnia premiery, odebrałem i w końcu przeczytałem.

Jest upalny letni poranek, a Nick i Amy Dunne obchodzą właśnie piątą rocznicę ślubu. Jednak nim zdążą ją uczcić, mądra i piękna Amy znika z ich wielkiego domu nad rzeką Missisipi. Podejrzenia padają na męża. Nick coraz więcej kłamie i szokuje niewłaściwym zachowaniem. Najwyraźniej coś kręci i bez wątpienia ma w sobie wiele goryczy - ale czy rzeczywiście jest zabójcą? 

Niesamowita była to przejażdżka, prawdziwy rollercoaster emocji. Flynn z wielką precyzją snuje swoją opowieść, bawi się z czytelnikiem w kotka i myszkę, podrzuca fałszywe tropy, zwodzi i jeszcze raz zwodzi. Kilkakrotnie byłem przekonany, że odgadłem co lub kto kryje się za tajemniczym zniknięciem Amy, za każdym razem nadchodził jednak moment, gdy uświadamiałem sobie w jak wielkim tkwiłem błędzie. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania. Dopiero za jej sprawą udało mi się w pełni zrozumieć znaczenie frazy "książka czyta się sama". "Zaginioną dziewczynę" bardzo trudno odłożyć na później, a gdy już to nastąpi (praca, posiłek, kąpiel, cokolwiek), to historia cały czas siedzi w głowie, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Tak jak i poprzednich książkach Flynn w "Zaginionej dziewczynie" znajdziemy świetnie zarysowanych bohaterów. To akurat nie było dla mnie zaskoczeniem, a wyłącznie potwierdzeniem talentu, który tkwi w autorce. Nick i Amy są najzwyczajniej ludzcy, wiarygodni od strony psychologicznej, a to chyba najlepsze, co można powiedzieć o wykreowanych przez pisarza postaciach.
Książka pełna jest też bardzo ciekawych, dających do myślenia spostrzeżeń dotyczących ludzkiej natury, małżeństwa itd.

Co więcej można dodać? Będzie krótko.
"Zaginiona dziewczyna" to thriller z najwyższej półki, który zadowoli nawet bardziej wybredne gusta. Przemyślana, doskonale napisana opowieść. Koniecznie.

Ocena: 9,3/10

niedziela, 31 marca 2013

Intruz - Stephenie Meyer



Intruz - Stephenie Meyer
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 560

Nigdy bym na Intruza nie spojrzał, gdyby nie moja starsza siostra. Podrzuciła mi książkę mówiąc coś o świetnym, wciągającym science-fiction. Niech będzie, pomyślałem układając książkę na półce, może będę kiedyś cierpiał na brak ciekawszych lektur, przyda się. I tym sposobem na kilkanaście miesięcy Intruz popadł w kompletne zapomnienie (ja i brak czegoś do czytania? Przy moim nieuleczalnym nałogowym buszowaniem po księgarniach, zarówno klasycznych jak i internetowych? Dobry żart). Jednak w końcu, a było to przy okazji książkowych porządków, nadszedł dzień, gdy zirytowany nieporęcznym formatem dzieła Meyer, postanowiłem przez niego przebrnąć i bezzwłocznie zwrócić prawowitej właścicielce :-P

Fabuła rzeczywiście może wydawać się interesująca. Nasza planeta zostaje opanowana przez istoty z kosmosu. Dusze, gdyż tak się o nich mówi, przejmują kontrolę nad ludźmi, traktując ich ciała jako pojemniki z żywnością. Poznajemy jedną z bardziej doświadczonych Dusz - Wagabunde. Jej żywicielem zostaje Melanie, młoda dziewczyna, której siła woli okazuje się tak potężna, że nawet stara wyga Wagabunda nie jest w stanie unicestwić jej jaźni. Melanie, pozbawiona kontroli nad własnym ciałem, postanawia zaatakować intruza swoją jedyną bronią - myślami i wspomnieniami, o chłopaku oraz młodszym bracie, których musiała zostawić. Próby te przynoszą w końcu skutek - oszołomiona złożonością ludzkich uczuć Dusza postanawia wraz ze swoją towarzyszką odszukać ukochanych.

Na okładce czytamy, że Intruz to pierwsza powieść Stephenie Meyer napisana z myślą o dorosłych czytelnikach. Ciężko się z tym zgodzić. Tak jak i w przypadku sagi Zmierzch, otrzymujemy historię celująca głównie w nastoletnie gusta. Bardziej wyrobieni czytelnicy szybko dostrzegą wszelkie braki i płycizny, którymi opowieść jest usiana. Wszystko toczy się bardzo przewidywalnym torem, tempo jest nierówne, książka często dłuży się i nuży. Chyba tylko w dwóch czy trzech fragmentach z prawdziwą przyjemnością śledziłem postęp wydarzeń. Autorka kompletnie nie wykorzystała potencjału tkwiącego w umiejscowieniu fabuły w zamkniętej przestrzeni (większa część powieści toczy się w jaskiniach). Zero napięcia, zero poczucia osaczenia. Nudy.

Oczekujących porządnego science fiction czeka srogi zawód, ale miłośnicy historii romantycznych poczują się jak ryba w wodzie. Bohaterki cały czas myślą i rozprawiają o sprawach sercowych, a wszystko to przeplatane jest wyciskającymi łzy scenami (zwłaszcza pod koniec). Meyer starała się nadać postaciom jakiegoś charakteru i w niewielkim stopniu jej się to udało. Nie są aż tak irytujące jak mogłyby być :) Gdyby jeszcze tylko dialogi nie były tak piekielnie sztampowe...
Ta historia miała pewien potencjał. Pomysł umieszczenia dwóch bohaterek w jednym ciele nie jest może zupełnie świeży, ale daje ogromne pole do popisu. Szkoda, że nie zostało ono wykorzystane.

Intruz nie jest powieścią pozbawioną wszelkich zalet. Ma swoje momenty, i czytelnicy w określonym wieku i o określonym guście na pewno będą czerpać z lektury przyjemność. W końcu nawet i ja dobrnąłem do końca, coś musiało więc mnie do przodu pchać. A tym czymś była czysta ludzka ciekawość. Tego jak się to wszystko skończy, czy dobro wygra ze złem, a bohaterki odnajdą swoje szczęście. Dowiedziałem się. Z czystym sumieniem polecam tylko czytelnikom poniżej osiemnastego roku życia, cała reszta może być mocno rozczarowana ;-)

Ocena: 5.1/10